PRZECZYTANE | STYCZEŃ 2017

21:18:00

W styczniu przeczytałam kilka książek, co ogromnie mnie cieszy, bo ostatnio przeżyłam i takie miesiące, w których trudno mi było przebrnąć choćby przez trzy. Mam nadzieję, że historia się nie powtórzy, bo z tego co pamiętam, styczeń pod względem czytelniczym był najlepszym miesiącem ubiegłego roku ;-) A teraz dość już marudzenia. Poniżej mój styczniowy ranking, w którym nie ma ani jednej złej książki. Szok i niedowierzanie spowodowane tym faktem zapewne towarzyszyć mi będzie przez następne 28 dni.

4. Podarunek, Cecelia Ahern
Z twórczością Cecelii Ahern wciąż przeżywam wzloty i upadki. Ta kobieta potrafi napisać coś naprawdę niesamowitego, jak chociażby urzekające Love, Rosie, a niedługo potem zaoferować nam coś tak nijakiego jak Miłość i kłamstwa. I co my, biedni czytelnicy, mamy z tym zrobić? Wznowienie kolejnej jej książki, czyli Podarunku, wypadło jednak całkiem w porządku i zaliczam je do pozytywnej strony tej ze wszech miar nierównej mocy. Lou Suffern to postać niemiła, ale nie denerwująca, jeśli wiecie co chcę powiedzieć. To pracoholik, haniebnie zaniedbujący rodzinę i w ogóle nie zdający sobie z tego sprawy do czasu poznania pozbawionego jakichkolwiek dóbr materialnych Gabe'a i postanowienia, żeby mu pomóc. Pytanie, które pojawia się zarówno na początku powieści, jak i na jej końcu brzmi jednakże - kto tu może komu pomóc? Historia ma w sobie coś magicznego i nie mam tu na myśli drobnych elementów fantastycznych, więc przeczytanie jej we względnie dobrym humorze nie powinno sprawiać problemu. Nie jest to z pewnością powieść na miarę Love, Rosie, ani nawet Kiedy cię poznałam, ale jest niezła, zupełnie niezła. Mam nadzieję, że już niedługo pojawi się u mnie osobny tekst dotyczący właśnie twórczości Cecelii Ahern.

Swój egzemplarz tej książki zawdzięczam Wydawnictwu Akurat. Dziękuję!

3. Polska odwraca oczy, Justyna Kopińska 
Zbiór niesamowitych, zbijających z nóg reportaży, w których autentyczność trudno jest uwierzyć. Bo czy to wszystko naprawdę mogło się wydarzyć? Książka pełna jest absurdalnych historii, które naprawdę zmroziły mi krew w żyłach i które po wsze czasy powinny przyprawiać o ból głowy nasze krajowe organy ścigania - policję, sądy, ustawodawców itd. No dajcie spokój! Niektóre z tych reportaży mają może trochę lżejszy kaliber, jak chociażby ten podany na przystawkę, dotyczący Mariusza Trynkiewicza - i nie zrozumcie mnie źle, wcale nie uważam, że Trynkiewicz to miły pan po pięćdziesiątce, ale ten tekst po prostu niczego szczególnego w jego sprawie nie ujawnia - ale kilka jest naprawdę szokujących (statystyki w policji!). Naprawdę warto przeczytać. 

2. Dwór cierni i róż, Sarah J. Maas

Miałam ochotę przeczytać to od dawna, ale gdybym wiedziała, że spodoba mi się AŻ tak bardzo, zrobiłabym to już kilka miesięcy temu. Nie jest to może szczególnie ambitna książka, ale ma tak uroczy, bajkowy klimat, że dałam się nią zauroczyć autorce. Ważny w tej powieści jest balans, ważne są proporcje - wszystkiego jest dokładnie tyle, żeby nie znudziło czytelnika i żeby cały czas popychało akcję do przodu, przez co powieść ma naprawdę przyzwoitą dynamikę. Nawet główna bohaterka nie jest szczególnie irytująca, co w książkach młodzieżowych tego typu wydaje się nieodłącznym elementem całości. Bardzo lubię motyw pięknej i bestii i to mnie zachęciło do lektury, ale kiedy okazało się, że ten motyw jest w powieści potraktowany bardzo luźno... albo bardzo poważnie (zależy jak na to spojrzeć, ja nadal nie wiem), nie byłam zbyt rozczarowana. Fajnie wykreowany świat i ciekawi bohaterowie to moim zdaniem mocna strona tej książki. A Rhysand, choć długo trzeba było na niego czekać, kradnie całe show głównym postaciom w tej historii.

1. Dwór mgieł i furii, Sarah J. Maas
O ile Dwór cierni i róż był naprawdę dobry, o tyle Dwór mgieł i furii to już popisywanie się. Najwyraźniej Maas doskonale wie, co tygrysy lubią najbardziej i to nam, tygrysom, serwuje. Bardzo ładny przykład teatru jednego aktora. Przy tym, pierwszy tom wydaje się świetnym preludium do właściwej historii, a autorka owej właściwej historii może przeczytała Pięćdziesiąt twarzy Greya o jeden raz za dużo, ale mimo tego stworzyła coś urzekającego. Zresztą, mam słabość do pozornie zblazowanych ludzi z rękami schowanymi w kieszeniach, więc trudno się dziwić, że Maas mnie kupiła. Podsumowując - za recenzję tego tomu mogą właściwie posłużyć trzy słowa, a każde z nich brzmi: Rhysand. Poza nim wszystko pozostaje tak, jak w pierwszym tomie, czyli dobrze. Czekam na trzecią część jak Dursley'owie na koniec wakacji.

A jeśli już jesteśmy przy Dursley'ach...

W styczniu przeczytałam też dwa pierwsze tomy Harry'ego Pottera, ale nie umieszczam ich w tym zestawieniu, bo oczywiście nie zmierzyłam się z nimi po raz pierwszy. Te książki jak żadne inne potrafią przywrócić mi radość i chęć do czytania. Ogromnie miło jest powrócić do początków tej niesamowite historii. No i Snape ♥ W tym roku planuję odświeżyć sobie całą serię. Mam nadzieję, że się uda.



A na koniec coś, co sprawi, że wiele osób pomyśli pewnie, że sobie z nich żartuję, ale nie, o dziwo nie. Książki z czasów ekstremalnie wczesnego okresu młodzieńczego (graniczącego ze zwykłym, pełnowymiarowym dzieciństwem) wpadła mi w ręce drogą zupełnego przypadku i z braku innej lektury pod ręką pokonałam ją w jakieś dwie godziny. Tym z Was, dla których nie są to książki na których mieliście przyjemność się wychować (może to i lepiej, bo serio, spójrzcie tylko co ze mnie wyrosło) wyjaśniam, że Mia Thermopolis jest zwykłą, bardzo przeciętną dziewczyną z problemami z algebrą do czasu, kiedy dowiaduje się, że jest również następczynią tronu pewnego małego księstwa leżącego gdzieś w Europie. Na domiar złego, wszyscy inni, łącznie z jej znajomymi, też się o tym dowiadują. W tej sytuacji trudno jej utrzymać status szarej myszki, której nikt nie zauważa. Mii nie da się chyba nie lubić, bo mimo że jest naiwna do bólu, to charakteryzuje się niewątpliwym talentem do pisania i w związku z tym jej notatki czyta się jak notatki młodej Bridget Jones. Podczas lektury tych dwóch tomów pośmiałam się trochę i powspominałam, ale jeśli mam być zupełnie szczera, to nieźle się przy nich bawiłam. Nabrałam ochoty na powrót do całej serii. Mam nadzieję, że TYM RAZEM dotrwam do jej końca ;-) Te książki są tak króciutkie, że byłoby mi wstyd, gdybym nie dotrwała, prawdę mówiąc. 

I to by było na tyle, jeśli chodzi o styczeń. A jak u Was?

Możesz przeczytać też:

0 komentarze