GAIL MCHUGH: AMBER

19:13:00


Nie ufam ludziom, którzy lubią tequilę. Jeszcze mniej tym, którzy pijąc ją zaczynają tracić głowę, a już najmniej tym, którzy tracą zdolność myślenia nawet bez meksykańskiej wódki w żołądku. Niestety do tej trzeciej kategorii mogę zaliczyć calutką trójkę głównych bohaterów najnowszej książki Gail McHugh, czyli tytułową Amber oraz jej dwóch gachów, Brocka i Rydera. Trudno o postaci budzące w czytelniku większy niesmak, zażenowanie i strach, że ich własne dzieci mogą kiedyś wyrosnąć na kogoś podobnego.

Amber przeżyła w swoim życiu wielką tragedię i wtedy postanowiła zacząć żyć w mroku. Odrzuciła pomoc specjalistów, chociaż sama zajęła się studiowaniem psychologii, żeby pomagać innym. Jej lekarstwem na wszystko został seks i niekończące się użalanie się nad sobą. Pierwsze samo w sobie byłoby jeszcze do zniesienia, ale w połączeniu z drugim szybko staje się dla czytelnika denerwujące. Bo ileż czytania o demonach przeszłości można znieść? Zwłaszcza, jeśli bohaterka wcale nie zamierza się z nimi rozprawić. Brakuje jej do tego nie tylko konsekwencji, ale przede wszystkim chęci. 

Brock to miejscowy handlarz narkotykami, w którym Amber się zakochuje. To, że przyczyną śmierci jej rodziców były narkotyki, a jej luby zajmuje się ich rozprowadzaniem, bo to jego sposób na poradzenie sobie z własną tragedią (!), przeszkadza jej przez jakieś pół strony. Tak, Amber to twarda zawodniczka i w książce ciągle przypominają jej o tym różni napotkani po drodze ludzie. Poza tym, że Brock zmaga się z własnymi demonami za pomocą handlu wiadomego rodzaju, jest też oczywiście niesamowicie przystojny, ma wielkiego penisa i lubi robić z niego użytek. Co ciekawe, w powieści jest tym dobrym. Musicie więc czekać z niecierpliwością na opis tego złego. 

Poznajcie Rydera. Facet jest wytatuowany od stóp do głów i ma... zgadnijcie co? Tak, dużego penisa, którego nazywa "budynkiem", ale mniejsza o to. Ma też własną, osobistą, prywatną tragedię. Jak każdy w tej powieści. Zastraszające stężenie nieszczęścia jak na 586 stron, mówię Wam. Amber jest tą sprawą niezwykle poruszona i w tych rzadkich przypadkach, kiedy staje oko w oko z problemami Rydera, zamiast przeklinać jak zwykle, zaczyna szczebiotać jak mała dziewczynka, a zamiast wyzywać Rydera od dupków, zaczyna nazywać go "wielkim i wspaniałym". Nieco dezorientujące. 

Amber zakochuje się w obu mężczyznach jednocześnie i nie może się zdecydować, którego z nich wybrać, bo dla obu stała się niezwykle ważna i żaden z nich nigdy wcześniej nie czuł do nikogo tego, co do niej. Problem narasta w głowie Amber, a tymczasem w umyśle czytelnika zaczyna zalęgać się pewna niebezpieczna myśl. Otóż - co jeśli to wszystko, co ta książka ma mu do zaoferowania? Co, jeśli cała akcja opiera się na banalnym do bólu trójkącie, którego losy zostały opisane językiem bardziej patetycznym niż wszystkie amerykańskie przemówienia z okazji 4 lipca razem wzięte? 

Ma rację, ale zatrzymajmy się na chwilę przy wspomnianym języku. Styl wypowiadania się głównych bohaterów jest tu tak wzniosły, że czytelnik zaczyna się zastanawiać, czy nie staje się może świadkiem jakichś epokowych wydarzeń. Górnolotne metafory gonią tu jeszcze bardziej górnolotne metafory. Sam Homer byłby zawstydzony porównaniami stworzonymi przez pokręcony umysł Gail McHugh. Niestety wszystkie te środki stylistyczne mają wyrażać w zasadzie tylko jedną myśl: cudowność Amber. Autorka, ustami i myślami Brocka oraz Rydera, złożyła jej najprawdziwszy, czołobitny hołd. Dlaczego? Nie mam pojęcia.

Amber bowiem, jak na kogoś, kto sam siebie nazywa dziwką, zaskakująco często posyła światu niepewne spojrzenia i uśmiechy. Wszyscy w kółko podkreślają jej trudną przeszłość, odzierając ją w ten sposób z całego należnego jej z tego tytułu od czytelnika współczucia. Po prostu ci dwaj litują się nad nią tak mocno, że dla postronnego widza nie pozostaje już zupełnie nic. Na dodatek dziewczyna wydaje się tak głupia, że już głupsza być nie może, do czasu, aż dwaj mężczyźni jej życia robią coś, co każdą, przynajmniej częściowo zdrową na umyśle kobietę musiałoby przerazić, ale ją skłoniło do nazwania Brocka i Rydera "wspaniałymi". Wtedy zrozpaczony, pozbawiony wszelkich nadziei na poprawę czytelnik musi przyznać, że jednak można wykazać się jeszcze większą głupotą. 

Brock z Ryderem ze wspaniałymi mężczyznami mają tyle wspólnego, co Łada Biłgoraj z Mistrzostwem Włoch, czyli zupełnie nic. To dwa osiłki, z których jeden sam siebie nazywa geniuszem, sugerując się swoim wysokim IQ. Nie przeszkadza to ani jemu, ani jego przyjacielowi w podjęciu szeregu nie tylko koszmarnych decyzji życiowych, ale co jeszcze bardziej zdumiewające, kompletnie bezsensownych. Nie lubię tego określenia, ale znowu muszę go użyć: oni są po prostu głupi, choć niektórzy, nie wiem czemu, często mylą głupotę z odwagą. Dodatkowo każdy z nich może się pochwalić egocentryzmem, z którego poziomem może rywalizować tylko ten drugi. Obaj kochają Amber, ale żaden, dosłownie żaden ich czyn nie może o tym zaświadczyć. Dziwne, że w trakcie tak długiej historii nie udało im się zrobić dla niej czegoś miłego choćby przez przypadek. 

Zwieńczeniem całej tej historii (nazywam ją tak z braku innego, bardziej właściwego słowa, wszak historii nie ma tu żadnej) jest wyginanie się pałąk - główna bohaterka robi to kilkukrotnie podczas każdego aktu seksualnego, w jakim bierze udział. Przypomina mi to sławetną już Anę Steele i jej rozpadanie się na kawałki, które zresztą występuje i u Gail McHugh. Powieść pełna jest smaczków w stylu "wszedłem w nią do samego końca" połączonym z "wbijam się jeszcze głębiej" w kolejnym zdaniu. Najwyraźniej ja i autorka nieco inaczej pojmujemy słowo "koniec". Dodatkowo McHugh upodobała sobie słówko "jedwabiste". Taką strukturę ma u niej wszystko, od włosów Amber po wytrysk (?) jednego z jej adoratorów. Doprawdy, zdumiewające. Prawie tak jak buty od niejakiego "Loubutina", które główna bohaterka dostaje w prezencie od swojego chłopaka. 

I ta książka jest właśnie jak te buty. Na pierwszy rzut oka wygląda ciekawie i człowiek nabiera wielkiej ochoty, by je mieć. Ale kiedy przyjrzy się im uważniej, szybko zauważy ich niedoskonałość. A w tym przypadku, tak jak w przypadku butów słynnej marki, jedna, mała niedoskonałość, rujnuje wszystko. Bo przecież żadna szanująca się fashionistka nie chciałaby mieć szpilek od jakiegoś tam "Loubutina". 

Gail McHoug: Amber. Wydawnictwo Akurat, 2016. 
Początek książki za darmo przeczytacie tutaj (klik). 
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Business & Culture.




Możesz przeczytać też:

0 komentarze