ANDY WEIR: MARSJANIN

21:05:00


Myślę, że gdyby zdecydowano się wysłać jakiś jeden naród na Marsa, w celu skolonizowania Czerwonej Planety, Polacy mieliby wielkie szanse być tym narodem. Marsjanie muszą bowiem wykazywać się wysokim poziomem samowystarczalności. Trzeba być trochę inżynierem, trochę botanikiem, chemikiem, astrofizykiem, lekarzem, komputerowym nerdem, mieć głowę pełną pomysłów i... nie zaszkodzi lubić ziemniaki oraz muzykę disco. To ostatnie to oczywiście jeden z moich niewprawnych żartów. W każdym razie mentalność Polaków zakłada nabycie podstawowych umiejętności w prawie każdej dziedzinie, dlatego właśnie spora część świata uważa nas na kraj tzw. złotych rączek. Jakby tego było mało, jedynym znanym mi rodakiem, który nie lubi ziemniaków, jest mój własny brat. Ten sam, który nie lubi też tortów, więc możemy chyba bezpiecznie założyć, że z jego smakiem nie wszystko jest w porządku. Widzicie więc, że nikt tak jak my nie nadaje się do podboju kosmosu. 

Ale! Zostawmy nas wszystkich w spokoju, a skupmy się na Marku Watney'u, który, gdybyście byli ciekawi, wychował się w Chicago. Mniejsza jednak o to. Przez serię pechowych zdarzeń załoga misji Ares 3 uznaje go za zmarłego i zostawia samego na Marsie. Na Marsie! Kilkaset milionów kilometrów od Ziemi. Nieciekawie. To znaczy... jeśli się uprzeć, to ciekawie może i jest, ale ogólnie facet ma przerąbane, o czym zresztą sam informuje czytelników już w pierwszym swoim zdaniu. Kończy mu się tlen, ma ograniczoną ilość jedzenia, a na Ziemi nikt nie wie, że on żyje. Radio jest zepsute, więc w żaden sposób nie może się połączyć z NASA i poinformować pracujących w niej ludzi, że, no wiecie - "stayin alive, stayin alive", jak śpiewali Bee Geees. Ale że ma wolę przetrwania, to podejmuje dramatyczną walkę, którą doprawia swoim specyficznym poczuciem humoru. I właśnie takie danie zaserwował czytelnikom Andy Weir.

Książka jest naszprycowana mądrymi obliczeniami, skomplikowanymi opisami i wyjaśnieniami, a także całą masą nowoczesnych urządzeń, które występują w roli drugoplanowych postaci. To może byłoby nieco nudnawe, gdyby nie fakt, że czytelnik jest tak pochłonięty sprawdzaniem, czy Watney ciągle żyje, że w ogóle tego nie zauważa. To znaczy, będę uczciwa i przyznam, że mnie to trochę męczyło, ale tłumaczę to sobie tym, że wcześniej obejrzałam film i po prostu wiedziałam, jak to się skończy. W każdym razie czuję, że byśmy się z Markiem polubili, chociaż ja, będąc na jego miejscu, dawno bym sobie odpuściła walkę o przeżycie. Taka jestem leniwa. Słynny już humor Watney'a jest z kolei nieco przereklamowany, ale mimo to wciąż niezły i stanowi bardzo silny punkt całej historii. 

Andy'emu Weirowi udało się chyba stworzyć coś, czego jeszcze nie było, a przynajmniej nie było w takiej jakości. Wszystko co napisał, mimo że dzisiaj to wciąż fantastyka, wydaje się tutaj bardzo rzeczywiste i bardzo możliwe. Głównego bohatera trudno nie polubić, a cała ta niesamowita przygoda uzupełniona jest opisami tego, co dzieje się w tym czasie na Ziemi. Marsjanin to twór wybitnie amerykański z wybitnie amerykańskim wnioskiem końcowym, ale nie jest to bynajmniej zarzut. W końcu uwielbiam te dzikie amerykańskie fantazje jak mało kto. 

Andy Weir: Marsjanin. Wydawnictwo Akurat, 2015.
Początek książki za darmo przeczytacie tutaj (klik). 

Możesz przeczytać też:

0 komentarze