WYRAŻENIA, KTÓRYCH UŻYWANIE DOPROWADZA MNIE DO SZAŁU

17:41:00


Nie jestem językową purystką, mimo że pewnie powinnam być, tak jak my wszyscy, a zwłaszcza ci wszyscy, którzy kompleksowo kształcą się lub wykształcili się już w temacie języka właśnie. Bo wiecie – język trzeba szanować, i te pe, i te de, a tymczasem ja traktuję go raczej luźno i bardzo często dbałość o jego przejrzystość, a czasem nawet (o zgrozo!) poprawność, umyka mojej uwadze. Widać to zresztą w blogowych tekstach doskonale, w tym, który właśnie czytacie, też. Nie trzeba więc tego szerzej omawiać.

Utrwaliły się jednak w naszym języku pewne połączenia wyrazowe, których nawet ja nie mogę znieść. Ot chociażby to: "bieżącego roku". Cóż to jest w ogóle za zwrot? Czy ktoś się nad tym zastanawiał? Czemu on służy, do wszystkich diabłów? Oczywiście może mieć pewne zastosowanie w dwóch znanych mi instytucjach, lubujących się w wysmakowanym słownictwie, tj. w policji i w sądzie, ale w normalnym życiu? Co nam właściwie daje ten dopisek? Czy naprawdę jest niezbędny? Przeprowadźmy szybki eksperyment. Mamy dziś 20 stycznia i teraz załóżmy, że czytamy gazetę, a w niej artykuł, z którego dowiadujemy się, że 6 stycznia BIEŻĄCEGO ROKU swoją premierę miała książka X. Czy gdyby tekst został pozbawiony tego wyrażenia, mielibyśmy wątpliwości, o który rok chodzi autorowi? Nie wydaje mi się. Gdyby natomiast chodziło mu o rok inny niż ten bieżący, z pewnością dodałby właściwe cyferki we właściwym miejscu.

Kolejny mój ulubieniec to "miesiąc maj" albo "miesiąc marzec", jak kto woli. W MIESIĄCU MARCU przeczytałam 10 książek. Piękny wynik i zgadzam się nawet co do tego, że marzec jest miesiącem. Więcej nawet! Pozwolę sobie zaryzykować stwierdzenie, że większość osób z naszego otoczenia również potrafi poprawnie zakwalifikować marzec do kategorii miesięcy. Nie ma potrzeby zakładania, że jest inaczej i podejmowania prób dokształcenia swoich odbiorców. Lubimy wypisywać sobie słowa bez żadnej nad nimi refleksji, w ogóle ich nie szanujemy, a mistrzem w tej sztuce jestem ja sama, więc publicznie posypuję sobie głowę popiołem. Czym zdanie dłuższe i bardziej skomplikowane, tym bardziej mi się podoba, podczas gdy zazwyczaj sprawdza się stara zasada pod tytułem: minimalizm. Piszmy i mówmy po polsku. A wyrażenie "miesiąc marzec" nie ma nic wspólnego z poprawną polszczyzną.

I na koniec tych wywodów jeszcze jedna perełka, którą jest określenie "w dniu dzisiejszym". Coś tam się wydarzyło W DNIU DZISIEJSZYM. Czyli kiedy, przepraszam bardzo? Czy czasem nie dzisiaj? Prosto, krótko, na temat. Wszystkie te połączenia wyrazowe, o których wspomniałam, ekhm, w dniu dzisiejszym, są typowe dla sprawozdań i to tych szalenie oficjalnych (a i stamtąd powinny zniknąć jak najszybciej). Jakimś sposobem wkradły się do języka potocznego i zakorzeniły się w nim, powtarzane z ust do ust. Jeszcze chwila, a będziemy słuchać o tym, że ktoś "oddał strzał w kierunku" kogoś innego oraz o podobnych dziwach. Odnoszę wrażenie, że niektóre firmy czy instytucje chcą tymi przekombinowanymi stwierdzeniami dodać sobie powagi, a tymczasem, według mnie, dodają sobie jedynie trochę sztuczności i zbędnego patosu.


A jakie określenia Was przyprawiają o gęsią skórkę? Może jakieś używane przeze mnie? :-)

W ramach uzupełnienia napiszę jeszcze, że formy "bieżącego roku" i "w dniu dzisiejszym" są, jak wynika z mojej wiedzy językoznawczej, formami poprawnymi. 


Możesz przeczytać też:

0 komentarze