ANTHONY DOERR: ŚWIATŁO, KTÓREGO NIE WIDAĆ

10:46:00


Młoda mieszkanka Paryża, Marie-Laure LeBlanc, traci wzrok w wieku sześciu lat. Ojciec tworzy dla niej miniaturowy model stolicy Francji, aby dziewczynka mogła dobrze poznać miasto i nauczyć się się po nim poruszać. Kilka lat później wybucha II wojna światowa i zmusza oboje do ucieczki. Zatrzymują się w malowniczym Saint-Malo w Bretanii. Ojciec Marie-Laure skrywa tajemnicę, której obiecał bronić. W tym samym czasie młody Niemiec, Werner Pfennig, zostaje wcielony do elitarnej jednostki Wehrmachtu, a pewien znawca kamieni szlachetnych zaczyna poszukiwania czegoś niebywale cennego, co ma mu dać szczęście. Losy tych ludzi pewnego dnia splatają się. Jak? O tym już musicie przekonać się sami, sięgając po książkę Anthony'ego Doerra. 

Autor pracował nad Światłem, którego nie wydać przez, jak podają źródła, dziesięć lat. Zdaje się, że to mu się opłaciło, ponieważ w kwietniu ubiegłego roku został laureatem wciąż dość prestiżowej nagrody Pulitzera. Jego powieść urzekła nie tylko szacowne jury obradujące przy Uniwersytecie Columbia, ale i czytelników na całym świecie. I trudno się temu dziwić, bo książka jest naprawdę świetna. Bohaterowie są wyraziści, historia poruszająca, a język urzekający w swej prostocie. Całość została podzielona na króciutkie rozdziały, dzięki czemu nie tyle się ją czyta, co właściwie połyka. Palce lizać!

Mój zachwyt jest oczywiście autentyczny, ale i odrobinę wtórny. Podobne emocje przeżywałam już podczas spotkania z inną książką, ale nie zetknęłam się jeszcze z nikim, kto tak jak ja zwróciłby na to uwagę, więc bardzo możliwe, że coś sobie wymyśliłam. Jednak według mnie, i nie mogę od tego uciec, ktoś Doerra ubiegł i tym kimś był Markus Zusak. Ten australijski pisarz stworzył Złodziejkę książek szybciej, stworzył ją też chyba odrobinę lepiej, chociaż to już oczywiście kwestia gustu. Pulitzera za swoją pracę nie dostał, ale zwalę to na karb jego narodowości. Nie oszukujmy się bowiem, co Amerykanin to Amerykanin, a tak się składa, że amerykańskim paszportem może się wylegitymować tylko Doerr. Zusak urodził się w kraju kojarzonym głównie z surferami i kangurami, a jedyne związki jakimi może się pochwalić dotyczą, jeśli się nie mylę, naszych zachodnich sąsiadów.

Abstrahując jednak od wtórności Światła, którego nie widać, nie można odmówić tej powieści klasy. Trudno spotkać kogoś, komu ta lektura nie przypadłaby do gustu. To jeden z murowanych punktów na listach książek idealnych na prezent, bo niemal na pewno przypadnie obdarowywanemu do gustu. Najprawdziwszy fenomen w uroczej, niebieskiej, nieprzekombinowanej okładce. Muszę więc wyznać, że generalnie cieszę się z sukcesu Doerra i z tego, że książki tak dobre zdobywają nie tylko nagrody, ale i uznanie wśród zwykłych ludzi, szarych czytelników, co nie zawsze, a raczej rzadko, idzie ze sobą w parze. 


Życzę autorowi i jego książce jak najlepiej i mam nadzieję, że na kolejne dzieło pana Doerra nie będziemy musieli czekać dziesięciu lat. W sprawie Światła, którego nie widać jestem natomiast na tak. 


Anthony Doerr: Światło, którego nie widać. Wydawnictwo Czarna Owca, 2015. 
Początek książki możecie za darmo przeczytać tutaj (klik). 

Możesz przeczytać też:

0 komentarze