AND THE OSCAR GOES TO... | ROK 2014

13:26:00

Dzisiaj mam dla Was kolejne zestawienie. Chyba czas się wreszcie przyznać, że uwielbiam wszelkiego rodzaju rankingi i listy ;)) Tym razem będzie o filmach, i to filmach oscarowych. Już na samym początku chciałabym zaznaczyć, że to zestawienie jest subiektywne i nie ma nic wspólnego z profesjonalną oceną tych produkcji. To tylko moje wrażenia, odczucia, sympatie... 

***

Oscara dla najlepszego filmu 2014 roku otrzymał producent Birdmana. Spodziewałam się tego, ponieważ to jego zwycięstwo typowali bukmacherzy, a więc kasta, którą darzę większym zaufaniem niż na to zasługuje. Ta decyzja Akademii zdziwiła mnie dopiero po obejrzeniu na ekranie nie tyle samego triumfatora, co reszty nominowanych produkcji. Okazało się bowiem, że z całej ósemki najmniej podobał mi się właśnie obraz w reżyserii Alejandro Gonzaleza Inarritu. Ma co prawda znakomitą obsadę - od Michaela Keatona począwszy, przez Naomi Watts i Edwarda Nortona, po uwielbianą przeze mnie Emmę Stone. Ale to trochę za mało. Historia podupadłej gwiazdy kina mnie nie porwała. Ktoś tu dla mnie z czymś, nie wiem dokładnie z czym, przedobrzył. Cierpię zresztą na trudną do uzasadnienia awersję do wszelkich udziwnień w filmach, które nie należą do gatunku fantastyki. A takie udziwnienia i wlokąca się jak flaki z olejem akcja, zmierzająca do prawie pozbawionego zakończenia... zakończenia, już na pewno nie są dla mnie. 


Odrobinę, ale tylko odrobinę lepsze wrażenie, wywarł na mnie Grand Budapest Hotel. To było tak dziwne, że aż niezłe. Zupełnie nie wiem o co chodziło w tym filmie, ale czas przy nim spędzony minął mi zaskakująco szybko i to chyba jest największa zaletą tej produkcji. To jakaś zupełnie abstrakcyjna historia, mocno przerysowana, ale jak się domyślam, celowo. Wszystko, od samego początku do samego końca, jest tu szalone, kolorowe i budzące lekki, zdezorientowany uśmiech na ustach. Co chcieli przekazać twórcy swoim odbiorcom? Nie mam pojęcia, ale na pewno postarali się o ciekawą formę. 


Wiem natomiast, a przynajmniej wydaje mi się, że wiem, co chcieli przekazać widzom twórcy Selmy. Naturalnie popieram równość między ludźmi bez względu na kolor skóry i zdaję sobie sprawę, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu było w tym temacie bardzo wiele do zrobienia, ale czy naprawdę nie można było stworzyć z tego ciekawego filmu? Selma interesująca nie jest. Niestety jest kołysanką tylko odrobinę gorszą niż Birdman. Od tego filmu wieje nudą i na przebudzenie się z drzemki zasługuje właściwie wyłącznie końcówka. Szkoda!


Z kolei forma Snajpera jest banalna do bólu. Gdyby Oscara nie dostał Birdman, to dostałby go właśnie film w reżyserii Clinta Eastwooda, idę o zakład. To wybitnie amerykański obraz. Wojna i tytułowy snajper (z twarzą Bradley'a Coopera), który na swoim koncie zapisał więcej trupów niż jakikolwiek inny człowiek w amerykańskiej armii parający się tą profesją, wysuwają się tu na pierwszy plan. Film oparty na faktach i, trzeba uczciwie przyznać, całkiem niezły, ale mimo to w jakiś sposób niesmaczny. Nie potrafię i nigdy nie potrafiłam oddzielić wrażeń artystycznych od swoich poglądów, a te nie pozwalają mi na zachwycanie się tą produkcją. I nie chodzi tu nawet o strzelanie do ludzi, ale przede wszystkim o gloryfikowanie wojny przez Amerykanów. Ten naród, do którego mam niewytłumaczalną słabość, traktuje wojnę i udział w niej jako największy zaszczyt i honor, a to zdecydowanie mocno kopie moją wizję świata w brzuch. Wielki plus dla Snajpera za muzykę.   


Główny bohater Gry tajemnic, genialny matematyk, Alan Turing, wraz ze swoimi kolegami łamie kod słynnej Enigmy podczas II wojny światowej. Niestety dla wielu jest zbyt kontrowersyjną postacią i, na dodatek, homoseksualistą. Jego losy zostały opowiedziane w naprawdę interesujący sposób, czyli w jedyny słuszny. Oglądało się to bardzo dobrze. Plus również za obsadę - bardzo lubię Keirę Knightley i Matta Goode'a. Szkoda tylko, że życie samego Turinga okazało się tak dramatyczne. Film wart obejrzenia i polubienia. 


Podobne zdanie mam na temat historii życia naukowca, Stephena Hawkinga. Przedstawienie choroby nękającej profesora i sprawę jego małżeństwa uważam za naprawdę dobre i nawet lekko poruszające kino. To chyba film o tym, że nie wolno się poddawać, bo sprawy nigdy nie mają się tak źle, żeby nie było wyjścia z impasu. Człowiek jest, wbrew pozorom, bardzo silny, a w każdym razie może być, jeśli tylko tego zechce. 


I wreszcie dwa filmy, które w ubiegłym roku zrobiły na mnie największe wrażenie. Pierwszym z nich jest Boyhood, który na nagrody zasługuje przede wszystkim za genialny, jedyny w swoim rodzaju pomysł. Film kręcono przez kilkanaście lat po to, żebyśmy na ekranie mogli zobaczyć prawdziwe, autentyczne dorastanie pewnego chłopca. Ile radości sprawia widzowi oglądanie zmieniającego się Masona, a dokładnie aktora go grającego, czyli Ellara Coltrane, wie tylko ten, kto ten film poznał. Fan-ta-sty-czny pomysł!


I na koniec prawdziwa perełka. Whiplash skradł moje serce jako film o wielkiej pasji. Pasji, która sprawia ból, ale z której nie sposób zrezygnować. Na pierwszy plan wysuwa się fenomenalna rola J.K. Simmonsa oraz naprawdę bardzo dobra kreacja partnerującego mu Milesa Tellera. I to napięcie połączone z intensywnością towarzyszące każdej scenie, od samego początku, do samego końca. Zakochałam się bez pamięci i gdybym ja rozdawała Oscary, to statuetka z pewnością powędrowałaby do producenta tego właśnie filmu. 


Podsumowując - na NIE: Birdman, Grand Budapest Hotel i Selma, na BYĆ MOŻE: Snajper, Gra tajemnic i Teoria wszystkiego, a na TAK: Boyhood oraz Whiplash. Tak wygląda mój oscarowy rok 2014 :-)

A jak u Was? Oglądaliście któryś z tych filmów? Podobały Wam się? Podzielcie się wrażeniami :-)
Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony www.filmweb.pl. 

Możesz przeczytać też:

0 komentarze