MARCI LYN CURTIS: COŚ MOJEGO

19:42:00


Muszę się przyznać, że książki młodzieżowe ostatnio nie spędzały mi snu z powiek. Już jakiś czas temu przestały mnie zachwycać, a nawet urzekać, więc uznałam, że się starzeję i skierowałam je na boczny tor swoich literackich zainteresowań. Tym większe było moje zdziwienie, kiedy w ręce wpadło mi Coś mojego Marci Lyn Curtis i okazało się naprawdę dobrą lekturą. Widać ograniczanie się było kiepskim pomysłem, ale jako że jestem mistrzem kiepskich pomysłów, to nawet nie potrafię być na siebie zła z tego powodu. Ale z młodzieżówkami to się chyba przeproszę. 

Maggie Sanders od pół roku jest niewidoma. Ma problemy z przyzwyczajeniem się do nowych ograniczeń w swoim życiu. Pewnego dnia w biurze swojego kuratora uderza się w głowę, a kiedy otwiera oczy... widzi Bena Miltona, nieco dziwacznego 10-latka. Na początku jest przekonana, że to halucynacje i postanawia nikomu o tym nie mówić. Nie mówić, że widzi tylko wtedy, kiedy specyficzny dzieciak lubujący się w czytaniu encyklopedii dla rozrywki, jest w jej pobliżu. 


Debiutancka powieść Marci Lyn Curtis okazała się bardzo wciągająca, a to za sprawą naprawdę nieźle skonstruowanej fabuły. Tę historię pochłania się błyskawicznie, niemal jak ulubione lody czekoladowe! Bardzo chciałam dowiedzieć co będzie dalej, dlaczego Maggie widzi tylko w obecności Bena i co wyniknie z tej znajomości. Moją uwagę zwrócił też wątek zespołu Loose Cannons z jego intrygującym wokalistą i rodząca się przyjaźń głównej bohaterki z koleżanką ze szkoły dla niewidomych.


Styl Marci Lyn Curtis jest prosty, ale nie prymitywny i chwała jej za to. Bohaterowie tej powieści również, o dziwo, przypadli mi do gustu. Maggie jest zbuntowana, ale nie irytująca, Ben wypada dość oryginalnie, a jego starszy brat wyjątkowo atrakcyjnie. W tle matki głównych bohaterów, dziadek i koleżanki Margaret. Wszyscy dość interesujący. Dzięki nim historia Maggie jest jeszcze lepsza, a rozwiązanie zagadki jej tajemniczego, chwilowego ozdrowienia łatwiejsze do zaakceptowania.

Najsłabszą stroną tej książki jest jej szata graficzna. W porównaniu do wersji oryginalnej wypada po prostu słabo. Pomysł na okładkę nie był nawet taki najgorszy, ale wykonanie pozostawia według mnie wiele do życzenia. Ta grafika przypomina mi moje próby zaliczenia zajęć z projektowania okładek na studiach i sprawia, że trudno, nawet przy najlepszych chęciach, zatrzymać się przy tej książce w księgarni. A przecież jej treść warta jest uwagi. Marci Lyn Curtis napisała bowiem powieść o akceptacji i pogodzeniu się z losem, ale pogodzeniu się w niesamowicie pozytywnym znaczeniu. Ta historia jest w gruncie rzeczy nawet nie tyle pokrzepiająca, co wręcz wywołująca uśmiech na ustach i chęć do życia. I chociażby dlatego warto po nią sięgnąć.

Marci Lyn Curtis: Coś mojego. Wydawnictwo Amber, 2015.
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Amber.



Możesz przeczytać też:

0 komentarze