LOMBARDIA (WŁOCHY): DZIEŃ 2

17:08:00

Kiedy obudziliśmy się w Lecco, wszystko wydawało się lekko nierzeczywiste. To, że wreszcie jesteśmy we Włoszech i, a może przede wszystkim to, że właśnie zbieramy się na pociąg do Mediolanu. Do miasta, które oboje chcieliśmy zobaczyć od wieków. Szkoda nam było czasu na wysypianie się - wszak nie po to tam byliśmy :-) Idąc na dworzec zajrzeliśmy ostatni raz nad Jezioro Como i pożegnaliśmy miasteczko. Po drodze do stolicy Lombardii minęliśmy też Monzę, ale niestety nie mieliśmy czasu na zobaczenie słynnego toru. Następnym razem :-)

Mediolan przywitał nas gigantycznym dworcem. W ogóle szybko okazało się, że w tym mieście cierpią na manię wielkości. Nigdy nigdzie nie widziałam tylu olbrzymich budowli. Dworzec wyglądał jak katedra. Trudno go było nawet zmieścić na zdjęciu.

Po wydostaniu się z tego szalonego miejsca ruszyliśmy prosto do hostelu. Mieliśmy spać w zupełnie innym miejscu i w o wiele lepszych warunkach, ale Karriba zawaliła i robiąc rezerwację podała zły numer karty Visa. Potem wyjechała w góry i nie odpowiadała na maile. A później musiała szukać czegoś na ostatnią chwilę i niestety nie dość, że zapłaciła za to dwa razy więcej niż normalnie, to jeszcze w warunkach, które w najlepszym razie można nazwać studenckimi ;-) Ale! Miejsce sympatyczne, dla młodych ludzi bardzo fajne, więc nie będę narzekała :-)

Stamtąd zgarnęliśmy mapę (mieliśmy nawigację, ale mapa i tak się przydała) i skoczyliśmy coś zjeść. Nakreśliliśmy plan i ogarnęliśmy metro. Przez cały pobyt korzystaliśmy z czerwonej linii (M1). Mieliśmy też w planach przejechanie się fioletową, ponoć jedną z najbardziej nowoczesnych na świecie, ale zabrakło nam czasu. Szkoda. Do rzeczy jednak. Czerwoną nitką dojechaliśmy na stację Lotto i tam postanowiliśmy poszukać drogi do Casa Milan. Nawigacja nie była konieczna, bo wszędzie, dosłownie wszędzie, były kierunkowskazy. Na słupach, latarniach, a nawet na chodniku: jeszcze 700 metrów, jeszcze 200 metrów... nie dało się zabłądzić.


Budynek jest jak widać dość fikuśny, a obok niego stoi oczywiście jakaś stara, potężna budowla. Hashtag Mediolan. Z niewiadomych przyczyn po obfotografowaniu się przed Casa Milan weszliśmy do sklepu klubowego. No tak. Nie stać nas było właściwie nawet na długopis, ale co tam!



Najbardziej podobały mi się szaliki i kurtki, ale w tym sklepie można było kupić prawie wszystko, nawet rower :-) My skusiliśmy się tylko (albo aż) na bilety na mecz Milanu z Napoli. Najtańsze kosztowały 21 euro. Zainwestowaliśmy w nieco droższe - te za 37 euro, ale tylko dlatego, że były w pakiecie z innymi wejściówkami, na których nam zależało.

Potem poszliśmy jeszcze do muzeum Milanu, z którego nie mogłam wyciągnąć mojego brata. Dosłownie.


Pamiątki, pamiątki, wszędzie pamiątki. Dokumenty, notatki trenerów z ważnych meczów, listy Silvio Berlusconiego do zawodników z gratulacjami, opaski kapitańskie z autografami, koszulki, a nawet słynny żółty krawat od Hermesa, który Adriano Galliani miał na sobie podczas triumfu Milanu w Lidze Mistrzów w 2007 roku.


Paweł chciał też sobie zrobić zdjęcie w miejscu, w którym zaczęła się jego przygoda z Milanem :-) W muzeum jest mnóstwo ekranów z pamiątkowymi nagraniami, m.in. takie, na którym dość młody Berlusconi opowiada o planach odnośnie klubu albo takie, na którym uwieczniono słynne rzuty karne z Ligi Mistrzów.


Sala pucharów, trofeów jest imponująca. Co jakiś czas wyświetlają się hologramy ze znanymi piłkarzami oraz uroczą (ekhm) Barbarą Berlusconi, opowiadającą o swoim przywiązaniu do Milanu. Można się autentycznie wzruszyć.



W Świecie Milanu (bo tak nazywa się muzeum) jest też pawilon poświęcony Mistrzostwom Świata. Można tam sobie zrobić m.in. takie zdjęcie:


Po wyciągnięciu Pawła z tego magicznego miejsca (co było naprawdę, naprawdę ekstremalnie trudne) weszliśmy jeszcze raz do sklepu... a właściwie to zostaliśmy do tego zmuszeni ;-) Spryciarze z tych Włochów! W Casa Milan poza muzeum i sklepem mieści się jeszcze restauracja klubowa oraz oczywiście siedziba AC Milan. Ale! My chcieliśmy zobaczyć coś jeszcze, a to coś było oddalone od Casa Milan o jakiś kilometr, może trochę więcej.

Tak, tak... w piątkowe, deszczowe popołudnie spełniło się jedno z moich największych marzeń. Zostało uwiecznione na tym zdjęciu:


Muszę wam powiedzieć, że stadion jest gigantyczny jak sam dworzec. Jednak jakimś cudem, mimo swojej imponującej wielkości, bardzo długo nie pokazuje się oczom nadchodzących kibiców. Objawia się dosłownie w ostatniej chwili. Nie wiem jak to możliwe... to chyba coś z perspektywą ;-)

Sam stadion jest piękny, naprawdę piękny, chociaż stary. Ach, ach :-) Weszliśmy do środka. Zwiedziliśmy miejscowe muzeum Milanu i Interu, ale nie było tak imponujące jak to w Casa Milan. Mimo wszystko warto było tam wejść, chociaż może nie za taką kwotę ;-) Sam tour po stadionie był fajny, tylko bardzo krótki. Najbardziej ucieszyłam się z możliwości zajrzenia do szatni Milanu :-)


Fantastyczne miejsce! Bardzo przytulne. Zajrzeliśmy też do szatni Interu, ale (nie wiem czy to przez brak obiektywizmu) nie zrobiła na mnie takiego wrażenia. Była jakaś taka chłodna...


Fajnie było też przejść tunelem, którym na co dzień śmigają piłkarze :-) Jak widać, był już przygotowany na mecz!


Sam stadion w lekkim półmroku i z wszystkimi tymi maszynami do podlewania murawy wydał mi się przeuroczy!



Trudno było stamtąd odejść. Tylko głód, zmęczenie i obietnica powrotu na mecz nas do tego zmusiła ;-) Kupiliśmy ciastka i mleko (!) w jednym z marketów i postanowiliśmy je zjeść na Piazza del Duomo. Trochę kropiło, ale cóż to za przeszkoda. Rany! Jaka ta katedra jest piękna! I jaka wielka! ♥


Awww ♥ To było naprawdę świetne doświadczenie! Potem postanowiliśmy pojechać już do hostelu, żeby spróbować się przespać, ale co z tego wyszło, to wam już opowiem następnym razem ;-)

Możesz przeczytać też:

0 komentarze