LOMBARDIA (WŁOCHY): DZIEŃ 1

10:03:00


Bardzo długo planowałam podróż do Włoch, a dokładnie rzecz ujmując do Lombardii. Pewnie dla wielu dziwny to wybór, jako że w Italii mamy i Rzym, i Sycylię, i Florencję, i Wenecję... wszystko to piękne, więc komu, do diabła, chciałoby się jechać do Lombardii? I po co? Wszak stolica tejże uchodzi za miasto nowoczesne, przemysłowe i właściwie brzydkie, jeśli porównamy je z jej nieco bardziej na południe wysuniętymi rodaczkami. Odpowiedź jest prosta: no mnie. I mojemu zafiksowanemu na punkcie Mediolanu bratu. Żadne z nas bynajmniej nie interesuje się specjalnie modą czy sztuką, za to oboje od wielu lat kibicujemy drużynie AC Milan, a Paweł dodatkowo uwielbia samochody marki Alfa Romeo. Gdzież więc było jechać na wakacje z bratem, jak nie do rodzinnego miasta obu tych wielkich firm? 

Muszę przyznać, że już widoki z okna samolotu zrobiły na mnie niesamowite wrażenie. Nie jestem zapalonym narciarzem (właściwie to jeżdżę bardzo słabo), więc nie potrzebuję wyjeżdżać na zagraniczne stoki, żeby sobie poszusować. Co za tym idzie, Alpy po raz pierwszy w życiu widziałam z góry. I muszę przyznać, że są piękne! Mam wielką nadzieję, że kiedyś ujrzę je również z tej "ziemskiej" perspektywy ;-)


Pierwszą rzeczą jaką zobaczyliśmy po wylądowaniu, poza ładnymi widokami w tle, było zaproszenie do odwiedzenia Casa Milan, nowego muzeum, sklepu, restauracji i siedziby klubu w jednym. To musiał być znak! :-) 

Ogólnie AC Milan jest bardzo dobrze reklamowany na terenie całego Mediolanu. Banery, plakaty i reklamy są dosłownie wszędzie. Przez te kilka dni zauważyłam tylko jeden billboard z logo Interu, co uważam za dość dziwne. Ale! Mniejsza już o to. Stolica Lombardii i tak musiała chwilowo poczekać, bo najpierw mieliśmy w planie odwiedzenie Lecco, małego miasteczka leżącego nad malowniczym Jeziorem Como

Pomysł narodził się w naszych głowach po obejrzeniu drugiego odcinka 21 sezonu Top Gear, a dokładnie tego fragmentu (klik). Widoki tak nam się spodobały, że od razu wpisaliśmy Como na naszą listę miejsc do zobaczenia podczas wizyty w Lombardii. Z lotniska Orio al Serio dojechaliśmy do centrum Bergamo autobusem, a dalej do Lecco koleją. Uwaga na Włochy! W tym kraju bilety na pociągi wyglądają trochę jak nasze bilety miejskie. Nie dostaje się konkretnego miejsca, ani nawet konkretnej godziny odjazdu. Kupuje się bilet i można wsiadać do dowolnego pociągu jadącego w kierunku, na którym nam zależy, ale kartę trzeba wcześniej skasować. Przeczytałam tę informację jakieś 3 minuty przed odjazdem i w efekcie musiałam biegać po całym dworcu w gorączkowym poszukiwaniu żółtego kasownika (są jeszcze niebieskie, ale naprawdę nie wiem jaka jest różnica między jednym a drugim). Grunt, że do Lecco dotarliśmy, i to nieco mądrzejsi ;-) 


Na miejscu wiało tak bardzo, że żałowałam spakowania tylko lekkiej kurtki i szalika. Ponoć to normalne w tym mieście. Woda chlupała na prawo i lewo, targana tym lodowatym wiatrem. Brrr! Za to widoki były bajeczne... 




Obiektywnie patrząc, były to najpiękniejsze widoki na jakie mogliśmy liczyć w Lombardii. Wiedzieliśmy o tym i się tego spodziewaliśmy. I chociaż najbardziej czekaliśmy na San Siro, to jednak zatrzymanie się na chwilę w Lecco było genialnym pomysłem. Zwłaszcza, że wiatr nieco ucichł. W czasie spaceru nad jeziorem robiłam zdjęcie za zdjęciem, bo dosłownie nie mogłam się od tego powstrzymać. Żałuję, że żadne z nich nie oddaje pełni tego co widzieliśmy. Trzeba to po prostu zobaczyć samemu. 



Paweł namówił mnie też na spacer po miasteczku. Uliczki są dokładnie takie, jak się o nich mówi. Wąskie, poplątane, ze skuterami schowanymi w każdym zaułku. A Włosi jeżdżąc krzyczą na siebie przez otwarte okna. I wiedzą po co mają klaksony w autach.





Kiedy już wydostaliśmy się z tego labiryntu wąziutkich uliczek, znowu zobaczyliśmy wodę. I mosty. I góry dosłownie wchodzące do jeziora... 


Po długim spacerze wróciliśmy do naszej kawalerki, gdzie Paweł zrobił pamiątkowe zdjęcie z balkonu, a potem poszliśmy na pizzę i piwo do baru Wild Wood :-) Włoch, który nas obsługiwał był przemiły i nawet dał nam spory rabat, chociaż naprawdę nie wiem czemu :-) Co dość ciekawe, kuchnie w pizzeriach są we Włoszech otwierane na ogół dopiero około godziny 19.00 (a przynajmniej te w Lecco), podczas gdy u nas zjeść można już od mniej więcej południa (a przynajmniej w Lublinie). Ale za to popularne danie kuchni włoskiej jest w rodzinnym kraju stosunkowo tanie. Zjeść je można już za ok. 5 euro. 





Wieczorem zrobiliśmy jeszcze jedną rundkę nad jeziorem, żeby zobaczyć jak prezentuje się nocą i postanowiliśmy trochę odpocząć przed czekającym nas Mediolanem. Jedno jednak jest pewne, jeśli chodzi o Lecco: takie widoki trudno będzie zapomnieć. 


Możesz przeczytać też:

0 komentarze