JANÓW LUBELSKI, OBÓZ PAINTBALLOWO-SURVIVALOWY: CZĘŚĆ 1

22:05:00

Muszę się wam przyznać, że obozy nigdy szczególnie mnie nie bawiły, ale od kiedy trafiłam na jeden naprawdę fajny, moje zdanie na ich temat uległo diametralnej zmianie. Pod koniec czerwca po raz kolejny wylądowałam w Janowie Lubelskim, ale tym razem nie na zielonej szkole, a na obozie paintballowo-survivalowym. Cóż to był za czas! :-)

Janów to małe miasteczko położone pośród rozległych terenów leśnych, więc wydaje się mieć idealne warunki do organizowania tego typu campów. Na dodatek widoki są tam całkiem przyzwoite, zwłaszcza wczesnym wieczorkiem ;-)




Poza widokami Janów może się też pochwalić ładną plażą z parkiem linowym, siłownią na powietrzu, knajpką, miejscem do jazdy rowerami albo na rolkach, boiskami do siatkówki plażowej i centrum naukowym Zoom Natury.



Jeśli chodzi o atrakcje programowe, to przejście trzech tras w parku linowym poszło dobrze, ale już zjazd tyrolką nad jeziorem był dla niektórych nie lada wyzwaniem. Jakby jednak nie było, ostatecznie cała akcja zakończyła się sukcesem :-)


Z kolei zajęcia survivalowe trochę nas zmęczyły, zwłaszcza budowanie własnego szałasu, ale efekt okazał się zadowalający...


Najwięcej emocji budziły zajęcia paintballowe, które odbywały się codziennie. Strzelanie tu, strzelanie tam... jakieś taktyki, a nawet maskowanie ;-)



Na koniec wisienka na torcie – off road. Panowie prowadzący samochody prawie nas wykończyli! :-) Wsiedliśmy do samochodów czyści, wysiedliśmy wyglądając jak diabełki. Najpierw zostaliśmy przetrząśnięci po leśnych wertepach, potem zmuszeni do opuszczenia samochodów w brudnej wodzie sięgającej po pas i próby pchania ich, a kiedy już czarne smugi spływały nam po twarzach, panowie postanowili wysadzić nas w gęste błoto (w tym miejscu dziękuję mojej kochanej grupie, która wrzuciła mnie do tego bagna, żebym w żadnym razie nie czuła się przez nich pominięta ;-)). Pod koniec tej wycieczki widać nam było tylko białka oczu :-)


Na obozie nie zabrakło też typowych punktów programu – rozpalania ognia, podchodów nocnych (ze znajdowaniem po drodze rozdartych, zakrwawionych koszul ;-)), szukania wody, przeprawy przez błota (jakby komuś było mało po off-roadzie), kąpieli w jeziorze, biegów na orientację i wielu innych podobnych atrakcji. Muszę wam powiedzieć, że lubię tego typu zajęcia o wiele bardziej od plażingu i smażingu (których zresztą też nie zabrakło), bo mam wtedy wrażenie, że aktywnie i produktywnie spędzam czas :-) Gdybym była rodzicem i zastanawiała się nad wysłaniem dziecka na obóz, to wybrałabym nie konie i nie najbardziej popularne pływanie, a właśnie coś takiego :-)



♥♥♥

Możesz przeczytać też:

0 komentarze