GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE: Dzień 2

14:50:00

Drugiego dnia nasz plan był już bardzo standardowy, a mianowicie do południa zamierzaliśmy zaliczyć wizytę na Św. Krzyżu. Pani przewodnik zaproponowała nam wejście od strony Huty Szklanej i zejście asfaltówką, bo pogoda znacznie się poprawiła. 

W Hucie Szklanej przywitał nas pan, z którym wiąże się jakaś szalona historia. Nie wiem czy dobrze ją zapamiętałam, ale chodziło chyba o to, że pewien człowiek bardzo dużo się modlił i postanowił w końcu zwiedzić wszystkie sanktuaria na świecie. Przyjechał również tutaj, aby odwiedzić Św. Krzyż. Był tak pewny tego, że dostanie się do nieba i że jest już niemal świętym, że kiedy usłyszał dzwony, powiedział, że biją na jego cześć. Wtedy zamienił się w posąg, a legenda głosi, że każdego roku przesuwa się do góry o długość jednego ziarnka piasku i że kiedy dotrze na szczyt, nastąpi koniec świata. 

Jeśli coś przekręciłam, to mnie poprawcie!


Wejście na górę nie jest przesadnie trudne (o ile idzie się trochę szybciej niż ten posąg), a widoki po drodze są co najwyżej przeciętne, ale za to na szczycie jest naprawdę sympatycznie.



Jest tu sanktuarium, w którym przechowywane są relikwie Drzewa Krzyża Świętego (zresztą jak sama nazwa wskazuje), a poza tym jeszcze m.in. bazylika mniejsza i muzeum misyjne. Osobiście polecam zwrócić uwagę na sklepik z ziołami i słodyczami, w którym tajemniczą i niejasną dla mnie popularnością cieszą się... krówki. Ja jednak skosztowałam tam herbaty świętokrzyskiej i uważam, że była naprawdę dobra. 

Kiedy już wszystko sobie dokładnie obejrzeliśmy, minęliśmy gigantyczną wieżę telewizyjną i poszliśmy zobaczyć słynne gołoborza. To było to, na co czekałam. 




Prawda, że ładnie? :-)

Stamtąd zeszliśmy wspomnianą wcześniej asfaltówką, zjedliśmy obiad, a potem w drodze do domu wstąpiliśmy jeszcze w okolice Ostrowca Świętokrzyskiego, gdzie w małej miejscowości znajdują się Krzemionki Opatowskie, czyli dawna, a raczej pradawna kopalnia krzemienia pasiastego. Czekając na przewodnika zajrzeliśmy na przygotowane wystawy, ale jeśli mam być szczera, to jakoś szczególnie mnie one nie zachwyciły. 





Potem pani przewodnik poprowadziła nas dziwną ścieżką, a następnie jeszcze jedną i kolejną. Pod ziemię zdecydowanie nie powinny wchodzić osoby z klaustrofobią. Mnie się podobało, ale kto nie był niech uwierzy na słowo, że jest tam naprawdę ciasno i ciemno. Na powierzchni przestrzeni było znacznie więcej :-)



Ostatnim punktem naszego programu były odwiedziny w wiosce indiańskiej, która może nie zwalała z nóg, ale za to kurhan, który się w niej znajdował, strasznie przypominał mi domek Bilbo Bagginsa. Taaak, ja i moje skojarzenia ;-)





Po obejrzeniu wszystkiego co było do obejrzenia, ruszyliśmy w drogę powrotną do Lublina. Wszyscy trochę zmęczeni, ale jak zawsze miło było odwiedzić Góry Świętokrzyskie. 

Relację z pierwszego dnia możecie znaleźć tutaj (klik). 

Możesz przeczytać też:

0 komentarze