Moda na Polskę: Zamek Lubelski

13:00:00

Wzięłyśmy sobie z Izą za punkt honoru zaliczenie kilku punktów na mapie Lublina, które naprawdę trzeba zobaczyć mieszkając w tym mieście od... ekhm... prawie pięciu lat. Ależ ten czas ucieka! Oczywiście byłam wcześniej kilka razy w zamku, ale to było tak pobieżne oglądanie, że właściwie się nie liczy. Czwartki są chyba w maju dniami darmowego zwiedzania i dodatkowo trzeba zapłacić tylko za obejrzenie donżonu, ale że akurat był Lubelski Dzień Funduszy Europejskich, to obleciałyśmy wszystko za równe zero złotych. 

Zaczęłyśmy od podpisu przy kasach. To znaczy Iza się podpisywała, a starałam się zrobić jej w tym czasie jak najlepsze zdjęcie...

To będzie kiedyś warte fortunę ;)
Ale ok, koniec głupstw. Idziemy sprawdzić co oni trzymają w tym zamku, który tak naprawdę nie jest nawet zamkiem, bo ten owszem, był, ale w XVII wieku tyle się w nim działo, że uratowano z niego jedynie najstarsze elementy, tj. wspomniany donżon i słynną kaplicę Św. Trójcy. Potem dobudowano do nich więzienie. Najpierw było kryminalne, potem carskie, aż w końcu hitlerowskie. To ostatnie zostało zlikwidowane w niesamowicie okrutny sposób w 1944 roku. Okupanci, opuszczając Lublin, po prostu zastrzelili 300 więźniów. Trudno się dziwić, że najstarszym mieszkańcom miasta to miejsce nie kojarzy się najlepiej. Muzeum przeniesiono tu dopiero w połowie lat 50. ubiegłego wieku. 

Już na samym początku trasy znalazłam coś, co mi się bardzo spodobało :-)

Ty idź, zobacz resztę, a ja tu sobie posiedzę :) Futra sztuczne, jak mniemam!
Przeniosłyśmy się do naprawdę bardzo dawnych czasów. Najbardziej realistyczne były postacie, które stały w tej części muzeum. Wchodzę do jakiejś sali, a tam ktoś mierzy do mnie z... łuku? Autentycznie się przestraszyłam. Było trochę kości i innych typowych dla muzeów rzeczy.

Fajne naczynia.
Creepy...
Izie najbardziej spodobał się grób psa, ale to powyżej to oczywiście człowiek, a przynajmniej tak wygląda. Było też dużo monet, niektóre naprawdę nam się podobały, chociaż żadna z nas nie fascynuje się tego typu rzeczami. Wszystko opatrzone ekranami z prezentacjami w dwóch językach - polskim i angielskim. Można tam spędzić cały dzień, jeśli chce się wysłuchać wszystkiego. Inną opcją jest przewodnik albo zwiedzanie ze słuchawkami. Kupuje się je za kilka złotych, a potem chodzi i włącza odpowiednie numerki w odpowiednim czasie. 

Jeden z takich ekranów.
Po tym wszystkim udałyśmy się w kierunku wielkiej sztuki, na której żadna z nas się nie zna. Dla mnie malarstwo zawsze było wielką abstrakcją... sunęłyśmy więc po salach oglądając ozdobione ściany, aż Iza natknęła się na dzieło jakiegoś swojego przodka! ;-)

Przez te kilkaset lat "c" gdzieś się zgubiło :P
Ale! Zostawmy na chwilę obrazy, bo oto w jednej z sal znalazłam wreszcie to, czego szukałam! Stół z czarcią łapą!

Wniosek: czarcie łapy niepokojąco przypominają ludzkie ;-)
Wiąże się z nim zdecydowanie najciekawsza lubelska legenda. Cała akcja miała ponoć miejsce w Trybunale Koronnym, który mignął gdzieś na zdjęciach w zeszłym tygodniu (o tutaj). 

W 1637 roku w Trybunale Lubelskim odbył się proces pewnej wdowy z magnatem. Przedmiotem sporu był majątek, który magnat zamierzał przyłączyć do swoich włości, wykorzystując śmierć męża i bezbronność ubogiej kobiety. Przekupieni sędziowie wydali wyrok korzystny dla magnata. Zrozpaczona wdowa wzniosła ręce do krucyfiksu wiszącego w sali sądowej i zawołała: "Gdyby diabli sądzili, wydaliby sprawiedliwszy wyrok". O północy w sali posiedzeń trybunalskiego sądu pojawili się dziwni sędziowie w czarnych perukach. Przerażony pisarz, naoczny świadek wydarzeń, zauważył diabelskie rogi zręcznie ukryte w kruczych włosach. Rozpoczęło się posiedzenie "Diabelskiego Sądu". Czart-obrońca w krótkiej, rzeczowej mowie dowiódł praw wdowy do majątku po zmarłym mężu. "Sąd Diabelski" uznawszy argumenty obrońcy wydał wyrok korzystny dla wdowy, znacznie sprawiedliwszy od decyzji sądu trybunalskiego. Chrystus na krzyżu odwrócił z zażenowania twarz. Następnego dnia pisarz zobaczył na stole trybunalskim pieczęć w postaci wypalonej czarciej dłoni. 
Zrobiłyśmy sobie kilka zdjęć z łapą i ruszyłyśmy dalej. A tam Iza odkryła swoje nowe powołanie. Jako że wcześniej znalazła swojego przodka, który był malarzem, uznała, że ona też może :-)

Oto dowód zbrodni!
Ok, a tak poważnie to flamastry leżały tu i tam obok tablic z informacją, że po szybkach można malować to, co się widzi za nimi i że nikt nie będzie krzyczał. Niektórzy okazali się bardzo utalentowani i widziałyśmy kilka naprawdę wiernych kopii eksponatów.

Ale! Jak wyszłyśmy z tej sali, naszym oczom ukazała się Unia Lubelska!

Jak Matejko namalował tego olbrzyma? :D Bez drabiny chyba się nie obeszło, chociaż mistrz mógł być troszkę wyższy niż Karriba ;-)
Zdjęcie nie do końca oddaje rozmiar tego obrazu, ale uznajcie po prostu, że jest dość duży. Tak jak wspominałam, sztuka to niekoniecznie moja bajka i mimo że staram się ją doceniać, to jakoś... kiepsko mi idzie :-)

Zobaczyłyśmy jeszcze kilka innych obrazów, trochę dzieł współczesnych, a potem zatrzymałyśmy się jeszcze przy strojach ludowych. 

Krakowiaczek jeden...
Miałam kiedyś podobny strój. Naprawdę! I nawet w nim tańczyłam. Tak, to było jeszcze w czasach, kiedy taniec mnie tak nie przerażał, haha!

Po muzeum postanowiłyśmy zobaczyć donżon z XIII wieku. Zawsze mam takie dziwne, nieopisane uczucie, kiedy uświadamiam sobie, że coś jest aż tak stare. 

Donżon z dołu...
... i z góry.
Wchodzi się łatwo i szybko, schodzi podobnie. Iza  stwierdziła, że musi sprawdzić czy za najbliższym zakrętem nie czai się jakiś duch ;-)

Nie czaił się ;-)
Została nam jeszcze najsłynniejsza część, tj. kaplica Św. Trójcy. Pochodzi z XIV wieku, ale to rusko-bizantyjskie freski z początków XV wieku czynią z niej zabytek międzynarodowy. Wszystko dzięki Władysławowi Jagielle, któremu w swoim czasie przyszło do głowy ich ufundowanie. No i dzięki temu, że przetrwały tyle lat.

Te ściany widziały sporo...
W środku czuć te lata, podobnie jak w donżonie...
Iza stwierdziła, że nie czuje klimatu, ale mi się podobało. 

Kaplica z zewnątrz.
W sumie na zamku spędziłyśmy ponad dwie godziny. Nawet nie wiem, co zajęło nam tyle czasu. Bilety są w dość przystępnych cenach, więc wydaje mi się, że warto tu zajrzeć. Ja byłam zaskoczona tym, jak dobrze się tutaj bawiłam :-)  

Zamek z zewnątrz na do widzenia.

Możesz przeczytać też:

0 komentarze