Karriba na walizkach: Rezerwat Obary

07:23:00

Dzisiaj mam dla Was przerywnik nieksiążkowy, czyli post z gatunku takich, jakich najbardziej nie lubię. Czasem jednak mam ochotę napisać tutaj o czymś w tym stylu. W tym przypadku wyrzutów sumienia pozbawiła mnie nieoceniona Marta z bloga Życie między wierszami, która celnie zauważyła, że to w końcu mój blog i mogę na nim pisać o czym mi się podoba. No więc dzisiaj podoba mi się napisać o Rezerwacie Obary


Szczerzę wątpię, aby ktokolwiek z Was miał kiedyś okazję odwiedzić to miejsce. Leży prawie na końcu świata (w okolicach Biłgoraja, tuż przy granicy województw: lubelskiego i podkarpackiego), ukryte w lesie. Zasięgu telefony tam właściwie nie łapią, a wokół panuje niczym niezmącona cisza i spokój. Do samego rezerwatu prowadzi wąska szosa należąca do miejscowego Nadleśnictwa. 


Niestety (albo wręcz przeciwnie) można nią dojechać tylko do szlabanu przy drodze leśnej. Dalej trzeba ruszyć pieszo lub na dwóch kółkach. Cztery mają kategoryczny zakaz wjazdu do tego miejsca. Rower wydaje się dobrą opcją. Niedaleko przebiega trasa, którą nazwano Żurawinowym Szlakiem. Jest na tyle popularna, że latem w czasie weekendu w rezerwacie można spotkać całe hordy amatorów tego środka transportu. Ja (tym razem) postawiłam na swoje własne nogi. Lepiej jednak, żeby taka decyzja była świadoma. Od szlabanu do celu jest jeszcze około 1,5 - 2 km leśnej drogi. Warto mieć tego świadomość ;)


Za to widoki po drodze są całkiem przyjemne, więc idzie się bardzo sympatycznie. Wracając jeszcze na chwilę do rowerzystów, co roku na wakacjach organizowany jest piknik z Żurawinowym Szlakiem w roli głównej. Impreza bardzo typowa nie tylko dla tej okolicy, ale chyba też dla każdej innej w naszym kraju.


Ale! Po jakimś czasie udaje się piechurowi dotrzeć do rezerwatu...


Tylko że dalej znowu się idzie... jeszcze trochę :) Kiedy wreszcie człowiek znajdzie się u celu, okazuje się, że jest tak jak mówią - trafia się na wielkie łóżko wodne. 



To co widać na zdjęciu powyżej, jest właśnie tym łóżkiem. Musicie uwierzyć na słowo. Można tam wejść w kaloszach i po prostu się pobujać. Znam wielu ludzi, którzy nigdy się na to nie odważyli, bo bali się, że "powłoka" się przerwie i pochłoną ich muliste wody. Nie znam jednak ani jednej osoby, której by się to kiedykolwiek przytrafiło. Chociaż patrząc na zdjęcie poniżej...



Jakby jednak nie było, wrażenie jest niesamowite. Naturalnie zdjęcia nie oddadzą tego, jak to wszystko wygląda i co się czuje chodząc po czymś takim. Posługując się nieco bardziej specjalistycznym językiem mamy tu do czynienia z naturalnie zachowanymi fragmentami torfowisk przejściowych i wysokich. Jest to ponoć bardzo rzadki widok. 



Obrazki są całkiem ładne, ale raczej nie z ich powodów utworzono tu rezerwat. Mnie osobiście same widoczki szczególnie nie zachwycają, bo najlepsze jest to całe chodzenie :-) Chociaż może to po prostu kwestia dobrego fotografa. Kliknijcie tutaj i zobaczcie, co mam na myśli. 



Dla tych, którzy nie zabrali ze sobą kaloszy i nie chcą wchodzić boso albo po prostu się boją lub też kręci im się w głowie od chodzenia (zdarza się), przygotowano małą ścieżkę. Czasem jest na niej tyle osób, że trudno jest się wyminąć ;) Do niedawna była też platforma widokowa, ale została rozmontowana. Nadal stoi tu jej betonowa podstawa, więc może po prostu niedługo pojawi się coś, co ją zastąpi. 

Wracając można się napatrzeć na nieco bardziej rozmokłe tereny...





W rezerwacie króluje rosiczka (owadożercza roślina ;-)) i głuszec. Natknęłam się też na informację, że rośnie tu niebieska trawa (taka jak tutaj), ale niestety nigdy jej nie spotkałam. 

Po powrocie do samochodu, przy drodze należącej do wspomnianego Nadleśnictwa, są jeszcze dwa stawy, które wyglądają tak schludnie, że to aż niepokojące. Pewnie dlatego, że one tylko dobrze się prezentują. Nie można się w nich kąpać ani łowić w nich ryb. Można je tylko oglądać ;-)



Można też robić selfie ;-)





To co, wpadacie na Roztocze? :-)

Możesz przeczytać też:

0 komentarze