EKRANIZACJA: Kopciuszek

20:53:00

Dawno, dawno temu... no, dobrze. Wcale nie tak dawno, bo w ubiegłym tygodniu, wybrałam się w towarzystwie Subrosy do kina na Kopciuszka. O filmie mówiło się dużo, długo, dobrze i co najważniejsze zachęcająco, więc wspólnie uznałyśmy, że w tym miesiącu to nasza jazda obowiązkowa (oczywiście obok Zbuntowanej). Na sali przeżyłyśmy moment niepewności, bo wpadłyśmy do środka na wariata, jak to mamy w zwyczaju, a chwilę później puszczono jakąś historyjkę związaną z Krainą Lodu i byłyśmy święcie przekonane, że pomyliłyśmy sale. Było to o tyle prawdopodobne, że wcześniej szukałyśmy tej właściwej przez dobre pięć minut. Na szczęście Subrosa, konsultując się szybko z innymi widzami, ustaliła, że to tylko jakiś filmik promocyjny. Wtedy mogłyśmy już spokojnie czekać na danie główne.

A to okazało się bardzo słodkie, ale to w końcu bajka, więc nie ma się czemu dziwić. Bohaterowie są dobrzy lub źli, historia toczy się tak jak tradycja nakazuje, a muzyka ma nam uprzyjemnić obrazek, który widzimy na ekranie. Główna bohaterka jest tak ładna i tak milutka, że ma się ją ochotę walnąć za tę kryształową dobroć i idącą z nią w parze urodę. Książę jest mało książęcy i przypomina raczej sympatycznego chłopca z sąsiedztwa, czyli wszystko zgodnie z ogólnie przyjętym schematem. Zła macocha, którą bardzo dobrze zagrała Cate Blanchett jest prawdziwie zła, a jej córki głupie do tego stopnia, którego możemy się spodziewać. Jedyną postacią, która wymyka się nieco temu co znane, jest matka chrzestna. Wszystko, jak sądzę, za sprawą genialnej Heleny Bonham Carter. Pojawia się w jednej scenie, ale whateva! Wymiata. Mogę ją oglądać zawsze i wszędzie, bez względu na to czy jest żoną króla, paskudną Bellatrix czy może nieco stukniętą wróżką. To się nazywa kunszt. 

To natomiast, co najbardziej rzuca się w oczy i zdecydowanie warte jest zobaczenia, to kostiumy. Są po prostu obłędne. Myślę, że mogą długo się śnić po nocach, bo naprawdę... te intensywne kolory, motylki, migoczące gwiazdki, fantastyczne kroje i cudowne dodatki... dawno już nie widziałam czegoś podobnego. Jak dorzucimy do nich miłą historyjkę i całkiem przyjemny, spokojny soundtrack, to wychodzi nam z tego dość smaczna, baśniowa, do bólu przewidywalna opowieść. Nic wielkiego, ale jako film na jeden raz sprawdzi się nieźle. 



PS. Kot!! ♥

Możesz przeczytać też:

0 komentarze