CASSANDRA CLARE: Miasto niebiańskiego ognia

20:36:00

Jeżeli znalazły się tu dusze, które jeszcze nie przeczytały pięciu poprzednich części serii Dary Anioła, to uprzejmie acz zdecydowanie sugeruję, żeby odpuściły sobie lekturę poniższego tekstu. W przeciwnym razie mogę zepsuć im całą zabawę. 

Pamiętam, jak po raz pierwszy zetknęłam się z tą serią. Byłam zachwycona i zakręcona lepiej niż słoiki z konfiturami mojej babci. Trzy tomy pochłonęłam jednym tchem. Ach, cóż to była za uczta! Bawiłam się wyśmienicie, a Cassandrę Clare z miejsca ustawiłam w pozycji należnej moim ulubionym autorom. Bo świetne poczucie humoru. Bo wartka akcja. Bo ciekawi bohaterowie. Co z tego wszystkiego zostało po sześciu tomach Darów i trzech Maszyn? Zaskakująco dużo, mimo wszystko. Niemniej jednak tendencji spadkowej pani Clare nie uniknęła. 

W Mieście niebiańskiego ognia mieliśmy poznać rozstrzygnięcie wojny pomiędzy podłym bratem Clary, Sebastianem, a Nocnymi Łowcami i ich znajomymi wilkołakami, wampirami, czarownikami i faerie. Wszyscy szykowali się do ostatecznego starcia. Jak ono przebiegło? Kto zwyciężył? Siły dobra czy siły zła? I czy aby na pewno ci, którzy wydawali się dobrzy, okazali się tacy w rzeczywistości? Na te pytania może odpowiedzieć tylko końcowy tom tej serii.

Cassandra Clare ma to do siebie, że nie lubi robić krzywdy swoim czytelnikom, więc serc nam, moi drodzy, nie połamie. Może je jednak lekko poturbować. Pewnych jej decyzji nie umiem bowiem usprawiedliwić nawet tworzeniem podwalin pod nową serię. Uczyniła z Nocnych Łowców pełnokrwistych rasistów o tak ciasnych umysłach, że dawno już nie zdarzyło mi się czytać o podobnych. Jakby i tego było mało, przekroczyła też chyba minimalnie granicę, po której tak pięknie balansowała w pierwszych trzech tomach tej serii. Balansowała, balansowała i w końcu zrobiła fałszywy krok. Najpierw jeden w czwartym tomie, potem drugi w piątym, aż w końcu w szóstym wywinęła orła. Filozoficzne, patetyczne do bólu kości przemówienia to w Mieście niebiańskiego ognia chleb powszedni. Biorąc pod uwagę fakt, że główni bohaterowie mają po 16-17 lat, włożenie w ich usta takich kwestii wydawało się co najmniej śmieszne. 

Ale skoro już przy bohaterach jesteśmy, muszę wspomnieć o jednym, który już dawno temu skradł moje serce i do dzisiaj nie chce mi go oddać. Tak, Magnusie Bane, o Tobie mowa! Wiem, że uwielbienie dla tej postaci jest banalne, bo jest świetna i wszyscy ją kochają, ale i tak czułam potrzebę przyznania się przed Wami do mojej miłości. Gość nosi dziwne ciuchy, brokat na powiekach, ma oczy jak Voldemort i na dodatek jest zakochany w facecie, więc damskie serca muszą zostać elegancko złamane, ale to jedyna osoba, która w tej serii nie robi sobie przerw od myślenia! Może dlatego, że ma czterysta lat na karku... 

Jakby jednak nie było, Miasto niebiańskiego ognia nie jest złą książką. Miło było ponownie spotkać się z ulubionymi postaciami. Akcja, jak to u Clare, toczy się dość szybko i bez dłuższych przystanków, co też na pewno można zaliczyć na plus. Nie jestem rozczarowana, ale zabrakło mi tego czegoś, błysku, iskierki geniuszu, które tak mnie urzekły chociażby w Mieście Kości. Nie zamierzam tupać nogami, bo ta historia na to nie zasłużyła, ale proszę, Cassie, nie rób mi tego więcej! 

Cassandra Clare: Miasto niebiańskiego ognia. Wydawnictwo MAG, 2014. 
Wyzwanie książkowe 2015: autor pod pseudonimem


Możesz przeczytać też:

0 komentarze