EKRANIZACJA: Pięćdziesiąt twarzy Greya

20:58:00

Mr. Grey will see you now - zapowiedziano mi złowieszczo. Albo i nie. W końcu która stosunkowo młoda (ekhm) panna (ekhm) nie chciałaby dostąpić takiego zaszczytu? Statystycznie? Dziewięć na dziesięć. Sugerując się przychodami z biletów, jakie od 14 lutego notują kina na całym świecie? Jedna na dziesięć. Przeczytałam książki pani James, więc w ramach tour de ekranizacje, wybrałam się do kina tak szybko, jak to było możliwe. A możliwe było dopiero teraz, bo bez rezerwacji poczynionej w grudniu, niepodobna wcisnąć się na jakikolwiek seans do jakiegokolwiek kina. 

Na film poszłam z Izą, moją koleżanką, którą bardzo serdecznie pozdrawiam. Rozgrzałyśmy się już podczas oglądania zwiastunów, bo niemal wszystkie zapowiadały produkcje z seksem w roli głównej. Nie wiem czy przeprowadzono jakąś selekcję, czy może teraz po prostu kręci się takie filmy. Tylko takie. W każdym razie było zabawnie. Danie głównie zaserwowano nam chwilę (czyli jakieś pół godziny) później.

Studentka literatury angielskiej, na co dzień zajmująca się wielbieniem Tessy D'Urberville Thomasa Hardy'go (co sugeruje wyraźnie, że gust Any pozostawia wiele do życzenia - wybaczcie mi ci wszyscy, którzy kochacie Thomasa Hardy'ego i jego dzieło wiekopomne) jedzie na spotkanie z przystojnym, tajemniczym miliarderem, Christianem Grey'em. Dziewczyna ma z nim przeprowadzić wywiad w imieniu swojej przyjaciółki, która zabiegała o niego kilka miesięcy, by ostatecznie w wielkim dniu się rozchorować. Dobrze, że ten wątek nie został pociągnięty w filmie, bo jest absurdalny. Wiem co mówię - od trzeciej klasy szkoły podstawowej chcę zostać dziennikarką. Gdybym czekała na jakąś rozmowę tyle czasu, zwykłe przeziębienie nie zatrzymałoby mnie w domu. Doczołgałabym się do Grey House choćby na kolanach. I, moi drodzy, nie bez powodu wspominam w tym miejscu o tej akurat części ciała. Christian po raz pierwszy widzi Anę właśnie na kolanach. Dziewczę wpada do jego gabinetu potykając się o własne nogi, odczytuje mu z kartki kilka sztandarowych pytań i jedno głupie na dokładkę, po czym się żegna. Nie przeprowadzając wywiadu, nawiasem mówiąc. Najwyraźniej jednak pan Grey dostrzegł potencjał w jej nieśmiałości i gapowatości, bo między bohaterami wybucha romans.

Obsadzenie w głównych rolach Dakoty Johnson i Jamie'go Dornana wzbudzało i nadal wzbudza tyle kontrowersji, że nie sposób otworzyć internetu, żeby nie przeczytać tuzina kolejnych dywagacji na ten temat. A to on nijaki i drewniany, a to ona brzydka. Na aktorstwie się nie znam, ale ich osoby specjalnie mnie nie drażniły. Szczególnie pozytywnie zaskoczyła mnie Dakota, której chyba udało się wybrnąć z całego tego galimatiasu obronną ręką. Innych postaci było w tym filmie tak mało, że nie ma w ogóle sensu o nich wspominać. 

Sceny, których wszyscy tak wyczekiwali, są dosyć wyraziste, ale na pewno nie ostre. Ani nawet nieszczególnie kontrowersyjne. Ona pokazuje więcej, on mniej. Seks jest. Tyle. Poza tym tę produkcję można nazwać po prostu komedią romantyczną rozciągniętą na trzy filmy. Poznają się i jest sympatycznie. Rozmawiają ze sobą, on ją zaprasza na randki, kupuje prezenty oraz zabiera na kolację do rodziców. Ona powoli się w nim zakochuje. Całość okraszona jest kilkoma zabawnymi tekstami i rewelacyjną muzyką. Historia piękna i wspaniała, jak to mówią. 

Ogólnie spodziewałam się czegoś gorszego. Naprawdę! W porównaniu do książki ten film wypada więcej niż dobrze. Oczywiście to zwykłe romansidło, a nie jakieś arcydzieło, ale generalnie spędziłam czas dość sympatycznie i nie żałuję tych jedenastu złotych, które wydałam na bilet. No i soundtrack jest genialny. To chyba najlepsza część tej produkcji.

Pięćdziesiąt twarzy Greya (2015). Reż. Sam Taylor-Johnson. 

Możesz przeczytać też:

0 komentarze