KAROLINA GLINIECKA: (Nie) mam się w co ubrać

10:40:00


Chyba po raz pierwszy w życiu przeczytałam książkę o modzie. Sama nie wiem, co powinnam o tym myśleć. Czy od tego momentu zostanę fashionistką? Po co w ogóle sięgnęłam po coś takiego? Moda nie zajmuje mnie szczególnie. Nie fascynuje. Nie spędza snu z powiek. Owszem, przeglądam kilka blogów od czasu do czasu i na ogół lubię patrzeć na ładnie ubranych ludzi, ale sama biegam w jeansach, wyciągniętych koszulkach i sneakersach. W szafie mam trzy sukienki, z czego dwie założyłam raz w życiu. Kapeluszy nie noszę, a materiały i kroje to dla mnie zagadnienie atrakcyjnością graniczące z rodzajami silników samochodowych. Bolało mnie serce, gdy zdałam sobie sprawę, że skusiło mnie nazwisko autorki. To okropnie żenujące, zważywszy na fakt, że autorka nie jest pisarką. 

Mamy w Polsce blogerów i blogerów. Ci pierwsi coś tam sobie piszą, coś tam publikują, z kimś tam dyskutują. Ci drudzy zarabiają pieniądze, chodzą na setki imprez branżowych, regularnie pojawiają się na Pudelku i piszą książki. I chociaż chciałabym tradycyjnie być wredna, to jakoś nie potrafię. W końcu to my, czytelnicy, ich na ten piedestał wysłaliśmy, więc czemu teraz wyzywamy ich od celebrytów? Ludzie odwiedzają ich strony hurtowo i nazwijcie mnie jak chcecie, ale dla mnie to jest sukces.

Karolina Gliniecka, znana lepiej jako Charlize Mystery albo (w kręgu złośliwców) jako Szarliza, popełniła książkę, która miała raz na zawsze zażegnać dylemat pt. nie mam się w co ubrać. Czy zażegnała? Oczywiście, że nie. Nawet nie podjęła takiej próby. Okazało się, że tytuł jest po prostu tytułem i nijak ma się do zawartości tej książki. To jednak mój pierwszy i ostatni zarzut pod adresem debiutu słynnej blogerki na rynku książki.

W środku znaleźć możemy opis typowych kobiecych sylwetek i rodzajów ciuchów, które do nich pasują. Mamy pobieżną charakterystykę materiałów i nieco obszerniejszą krojów. Nie zabrało też kilku rad odnośnie robienia zakupów i porządków w szafie. Karolinie Glinieckiej udało się więc uniknąć tego, czego się obawiałam - eksponowania i promowania swojego stylu, który, tak się składa, bardzo różni się od mojego. Już samo słowo "glamour" sprawia, że ubrania upchnięte w mojej szafie spadają z wieszaków. Tymczasem Charlize wyszła poza granice swojego podwórka i nawet zdjęcia, odnoszę wrażenie, zostały wybrane zgodnie z filozofią "to musi być ubranie, nie przebranie": prezentują przystępne, miłe dla oka zestawy, które nie sprawiają, że mamy wrażenie patrzenia na dzieło artystyczne, tylko na coś, co rzeczywiście moglibyśmy włożyć na grzbiet.

Muszę również przyznać, że przeczytałam tę książkę błyskawicznie. Nie zdążyłam się porządnie rozpędzić, a już rozbiłam się o drugą stronę okładki. Moja koleżanka okazała się jeszcze lepsza - uporała się z nią w ciągu jednego dnia w pracy (ma szalenie zajmującą pracę, jak na pewno zdążyliście się zorientować). No i na koniec zostawiłam sobie zachwyty nad czymś jeszcze... nad wydaniem! To jedna z najładniejszych książek, jakie w życiu trzymałam w rękach. Okładka jest ładna, twarda, papier śliski, rozdziały porozdzielane, rady oprawione w ramki, tytuły wyróżnione, zdjęcia duże... estetyczny ideał. Na mojej półce z pewnością stanie obok prawie tak samo pięknego wydania Masters of sex, o którym pisałam wam niedawno. 

Polecam kobietom, po prostu. 

Karolina Gliniecka: (Nie) mam się w co ubrać. Wydawnictwo SQN, 2014.
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu SQN

Możesz przeczytać też:

0 komentarze