Sylvia Plath - "Szklany klosz"

18:47:00

Szklany klosz znalazłam w biblioteczce mojego brata. Posiada on wybitnie zdezelowany egzemplarz tej książki. Właściwie to podczas czytania rozpadł mi się na części pierwsze. Powinnam mieć pewnie trochę wyrzutów sumienia z tego powodu, ale jakoś nie mam, bo ostatnimi czasy wyrzuty sumienia czepiają się mnie wyjątkowo rzadko. Na dodatek aktualnie cierpię na zbyt kiepski humor, żeby się przejmować takimi drobiazgami. Całą moją głowę zajmują myśli dotyczące Esther Greenwood, która, co zaskakujące, okazała się moją bratnią duszą. 

To młoda dziewczyna. Dość inteligentna, dość wykształcona, dość towarzyska, a jednocześnie zupełnie przeciętna. Sama nie wie co tak naprawdę chciałaby w życiu robić, więc zajmuje się wszystkim "po trochu". Faceci nie spędzają jej snu z powiek, ale też nie stroni ona od ich towarzystwa. Chyba fascynują ją w jakiś pokrętny sposób. Nie dysponuje żadnymi umiejętnościami praktycznymi, czym odrobinę martwi swoją zapracowaną matkę. Nawet instynkt macierzyński nie atakuje jej tak intensywnie jak jej koleżanki. Esther błąka się po świecie bez ładu i składu, nigdzie nie mogąc sobie znaleźć miejsca.

To, że ta dziewczyna okazała się moją bratnią duszą nie oznacza bynajmniej, że jesteśmy do siebie podobne. Owszem, mamy pewne cechy wspólne, których zignorować nie sposób, ale generalnie Esther ma duszę bardzo wrażliwą, skłonną do filozoficznych przemyśleń, do których ja jestem zdolna tylko po trzech truskawkowych drinkach i przesłuchaniu płyty Enrique Iglesiasa. Mam za dużo jasno wyklarowanych marzeń i utopijnych wizji przyszłości, żeby móc się porównać do zblazowanej, obojętniej na wszystko Esther.

Szklany klosz to książka, którą warto przeczytać do połowy. Pierwsze dwieście kartek wciągnęłam szybko, ale przy kolejnych zaczęłam wytracać tę prędkość. Przyszedł nawet kryzys, jakbym uczestniczyła w maratonie, w którym po 35 przebiegniętych kilometrach zaczyna zawodnikom "odcinać prąd". W pewnym momencie prawie się czołgałam. Siły odzyskałam dopiero w końcówce tej rozgrywki, więc mam co do niej mieszane uczucia. Może to opowieść o zagubionych młodych ludziach? Albo o pierwszych feministkach? Nie wiem. Nigdy nie byłam dobra w doszukiwaniu się drugiego dna i ukrytych sensów. Ale jeśli tak, to Esther Greenwood jest raczej kiepską reklamą zarówno pierwszych, jak i drugich. Samą książkę mogę określić mianem "takiej sobie".

Sylvia Plath: Szklany klosz. Wydawnictwo Literackie, 2010.

Możesz przeczytać też:

13 komentarze

  1. Rzeczywiście niepokojąco zabrzmiało określenie, że bohaterka jest Twoją "bratnią duszą". Dobrze, że sprostowałaś :)
    "Szklany klosz" to moim zdaniem jedna z najważniejszych książek w historii literatury. Szczególnie uderzająca, gdy zdajemy sobie sprawę, że w większości autobiograficzna. To przejmujący zapis obrazu choroby, z którą borykała się Sylvia Plath - choroby afektywnej dwubiegunowej. Wielu młodych ludzi może czuć się zagubionymi, ale gdy ktoś zmaga się z tym schorzeniem, to odczucie zostaje niesamowicie spotęgowane.
    Bardzo lubię prozę Plath (stosunkowo niewiele takich utworów po sobie pozostawiła), która jest wyrazista i charakterystyczna. Polecam jej opowiadania oraz listy do matki pisane regularnie aż do momentu, w którym pisarka popełniła samobójstwo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Być może sięgnę, ale najpierw muszę chyba odpocząć po "Szklanym kloszu" :-)

      Usuń
  2. Nie czytałam, ale za to naczytałam się wiele achów i ochów, więc miałam bardzo wyidealizowany obraz tej książki... po Twojej recenzji na szczęście się to zmieniło (nie przepadam za idealnymi książkami), ale na pewno sięgnę i przekonam się na własnej skórze...

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo podobała mi sie książka!!!

    OdpowiedzUsuń
  4. O książce wcześniej nie słyszałam. Nie jestem pewna czy ją przeczytam, chyba, że napotkam ją w bibliotece :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Do "Szklanego kosza" zabieram się się już od dobrego czasu, ale ta książka zawsze wydawała mi się tak dobra, że odkładam jej przeczytanie na lepsze czasy, kiedy to będę się nią mogła spokojnie delektować :) może w te wakacje uda mi się w końcu poznać to dzieło :)

    OdpowiedzUsuń
  6. No to teraz pewnie tym bardziej nie prędko wypożyczę ją znowu.. Dla "takiej sobie" książki chyba nie mam się póki co ochoty męczyć :P

    OdpowiedzUsuń
  7. Już się ostatnio wyjątkowo zmęczyłam przy pewnej książce, więc stronię od przeciętności. :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Czytałam ze dwa lata temu i zupełnie nie pamiętam o czym była ta książka, a to chyba nie najlepiej o niej świadczy...

    OdpowiedzUsuń
  9. ja nie miałam przyjemności trzymać jej w ręku jeszcze :/

    OdpowiedzUsuń
  10. Przyciąga mnie ta książka już do siebie dwa lata. Może najwyższy czas ją przeczytać? Może uda mi się nie tracić prędkości po połowie ;)

    OdpowiedzUsuń