Oko w oko: Nie wiem kiedy upływa termin ważności mojej "fajności"

19:14:00

Uwaga! Przeczytanie poniższej rozmowy grozi zawałem mózgu oraz jego okolic. Czytacie na własną odpowiedzialność, bo na mojej niedzielnej kanapie zasiadł dziś Dada z Dabudubidy. Nie zapraszam, ale polecam ;)

Dobra Dada, obiecasz mi, że to będzie najbardziej absurdalna rozmowa w historii cyklu "Oko w oko"? ;)

Jutro jadę na uczelnię, więc zapewne nałykam się absurdu aż nadto, więc w jakimś stopniu powinno się udać. Ewentualnie poproszę jamnika o porady co pisać - kto wie, co w tej jego miniaturkowej głowie siedzi.

A jeśli się okaże, że będzie ci same mądre odpowiedzi dyktował? Co wtedy?

Hola, hola! To już się nagrywa? Kamery włączone? Światła? Bo aktualnie wyglądam niewyjściowo (pora późna, pora luźna, czy jak to się tam mówi, jeśli w ogóle). Nie wiem też, w którą stronę obrócić się moim mniej nihilistycznym profilem. Zatem - to już? Przedstawienie rozpoczęte czy to dopiero próba, wywiadowe murmurando na rozgrzewkę? Cóż, na wszelki wypadek przywdzieję mój - przyznam: lekko pomięty - płaszcz Prospera i, nie doczekawszy się podpowiedzi suflera, odpowiem na Twe pytanie: jeżeli pies będzie mi mądrości dyktował, to wpierw - rzecz jasna - je zapiszę (byłaby wielka szkoda, gdyby przepadły), a następnie się położę bądź przynajmniej przestanę pić, to co piję i dla pewności uchylę okno. 

Właśnie zmyłam makijaż, więc nie lękaj się - mogę spokojnie wziąć na siebie rolę straszącego wyglądem. Będę Nixonem, a ty będziesz Kennedym. 

Nie chcę być Kennedym, z amerykańskich polityków zdecydowałbym się jedynie na Benjamina Franklina (wolnomularze, łuhu!). 

Skoro już to ustaliliśmy wyznaj mi szczerze jak na spowiedzi - kto w tym związku (jamnik i ty) ma swoje Ja?

Dawno nie byłem w spowiedzi, a nawet wtedy, gdy się wybiorę, to nie jestem do końca szczery - co wynika z faktu, że tak często kręcę, że sam już nie wiem, co jest prawdą, a co zmyśliłem - niemniej postaram się być najbliżej szczerości, jak tylko jest to możliwe w moim przypadku. Otóż w mojej z jamnikiem znajomości, nie jest ważne kto ma swoje Ja, lecz dlaczego moje Ja jest bardziej istotne. Niestety jamnik, jak to jamnik, zwierzak pocieszny, nie potrafi tego pojąć swą miniaturkową łepetynką. Dlatego też wolę Franklina od Kennedy'ego, bo eksperymenty z latawcami wydają mi się nadzwyczaj interesujące.  

Nie potrafi tego pojąć? Czy ograniczony umysł jamników jest jakoś potwierdzony naukowo czy może wynika z samego tylko faktu bycia zwierzęciem?

Uwaga, piszę z pociągu! Klikam na wirtualne klawisze telefonu - lekko trzęsie, na dodatek autokorekta lepiej wie, co chcę powiedzieć, więc może być nieco literówek oraz brakować polskich znaków! (Dodam, ze obok siedzi urocza blondynka - jeżeli czytasz tego bloga, zacna niewiasto, wiedz, ze ja to ten chłopak z uroczym uśmiechem). Wracając do sprawy jamnika: podobno psy mają umysł na poziomie dwulatka, więc wszelkie ograniczenia są raczej wynikiem wrodzonego lenistwa i tumiwizismu, słowem: dość już o tych szlachetnych istotach, których i tak nie jesteśmy w stanie pojąć, bo kim jesteśmy my i nasze problemy w obliczu tych pełnej beztroskiej radości życia czterech łapek?


No dobra, niech będzie, zostawmy biednego jamnika w spokoju. To teraz czas na pytanie od czytelnika - jak zachować oryginalność w dzisiejszej papce konformistycznej? Cokolwiek znaczy to ostatnie...


Być w ruchu. Ciągle. Nie przestawać nawet na chwilę. Nieustannie żonglować obliczami. Nie dać się pochwycić w schemat, jaki próbuje narzucić nam społeczeństwo. A przy tym zachować ostrość i wyrazistość, nie rozmywać się. Nie można zlać się z masą. Wiele osób myli to z postawą buntownika - co jest błędem. "Będę buntownikiem, będę nonkonformistą!" - to nie jest ok. Nonkonformizm czy antykonformizm - co za różnica, skora oba te pojęcia również są częścią konformizmu, z czego niewielu zdaje sobie sprawę (hej, nie widzicie buntowniki, że człon 'konformizm' występuje w tych terminach?), ponieważ zaprzeczenie zawsze odnosi nas do pojęcia zaprzeczonego. Poza tym nonkonformizm często prowadzi do anarchii, a brak zasad nie był, nie jest i - miejmy nadzieję - nigdy nie będzie sytuacją akceptowalną. Nie chodzi więc o całkowitą negację, równocześnie nie można akceptować wszystkiego. Najlepiej być trochę obok. Robić uniki. Być w ruchu. To taniec z przyjętymi normami. Wszyscy wiemy, jak się tańczy, prawda? Nie, nie wszyscy potrafimy, ale zasady znamy. Mówię rzecz jasna o normalnym tańcu, a nie współczesnych dyskotekowych wygibasach pozbawionych jakiegokolwiek reguł. Buntownicy to właśnie tacy dyskotekowi tancerze - motają się jak ryby wyciągnięte na brzeg, obijają jeden o drugiego, bez celu, bez sensu. Bawią się, oczywiście, ale każdy tak potrafi, być obok. Nie można być obok społeczeństwa. Żyjesz w społeczeństwie, więc jesteś jego częścią – czy te chcesz czy nie. Pozostaje ci więc taniec z normami, taniec z konformistyczną papką, taniec ze schematem - to przepis na oryginalność, przy czym trzeba zawsze być osobą, która prowadzi w tym tańcu. No i czytaj. Dużo i – przede wszystkim – krytycznie. 

Musiałam przeczytać twoją odpowiedź trzy i pół raza, żeby coś z niej zrozumieć. Jesteś okropnym rozmówcą - sypiesz nonkonformizmami i innymi pojęciami zaprzeczonymi. To nie na moje szare komórki, Dada! Gdzie byłeś kiedy Gombrowicz wygłaszał swoje "im mądrzej tym głupiej"?! ;)

O, Gombrowicz, to nazwisko jest najlepszą odpowiedzią na każde pytanie. Witold i jego forma. Przepraszam: Forma! Wystarczy o niej poczytać co nieco i wszystko staje się jasne. Nie jak słońce, o nie. W zasadzie wcale nie jasne, a jeszcze bardziej zaciemnione. Właściwie to nie da się jednoznacznie określić, co kryje się pod pojęciem Formy. Dość wiedzieć, że nie ma od niej ucieczki, jedynie w kolejną Formę, i jeszcze jedną, i dalej w następne. Możemy pozwolić, aby naszą Formę kształtowali inni, ale możemy również - co, oczywiście, jest o wiele bardziej skomplikowane - narzucać innym własną Formę. To chyba najlepszy sposób na względną oryginalność. Formą podlega ciągłym zmianom, więc - jak już wspomniałem - trzeba być w bezustannym ruchu. Derrida mówił: il n'y a pas de hors-texte - co można tłumaczyć jako "nie ma nic poza tekstem". Wszystko jest tekstem, każde nasze działanie da się odczytać jako swoisty tekst, komunikat, wszystko podlega interpretacji. Bądźmy tekstem, który inni chcieliby przeczytać i zinterpretować, stwarzajmy Formę, którą inni chcieliby przyjąć.

Studiujesz filozofię?

Nie. Lubię dużo pisać (z mówieniem bywa różnie, czasami jestem bardzo cichy). I wiedzieć różne rzeczy. Im więcej wiem, tym lepiej się czuję. Niewiedza mnie stresuje. Chciałbym przy tym zauważyć, że - wbrew pozorom - nie lubię się wymądrzać i staram się tego nie robić. Niestety nie zawsze mi się to udaje. Wiesz co? Cieszy mnie życie w świecie, w którym zdobycie wiedzy nie jest utrudnione. Internet otwiera bardzo wiele możliwości w tym zakresie. Tak, Wikipedia także, lecz trzeba pamiętać o nieufności wobec zamieszczanych tam informacji. Niemniej jednak jest też wiele innych źródeł, chociażby biblioteki cyfrowe, w których można znaleźć skany druków, które są dziś trudno dostępne (wspomnę chociażby o tym miejscu). Dla przykładu mogę dodać, że właśnie dzięki zamieszczonym w Sieci skanom udało mi się napisać w nie tak odległej przeszłości artykuł poświęcony XVIII-wiecznemu poradnikowi medycznemu, którego papierowy egzemplarz dostępny jest jedynie w bibliotece w Warszawie (od której dość daleko mieszkam).

Czy można powiedzieć, że na twój fejm składa się głód wiedzy, taniec z konformistyczną papką (nie wierzę, że właśnie użyłam słów "taniec", "konformizm" i "papka" w jednym zdaniu) oraz oryginalny styl pisania i że to ostatnie nie wynika z dwóch pierwszych?

Nie wiem. Nie sądzę. Zresztą: jaki fejm? Nie zna mnie zbyt wiele osób (zobaczysz, że pod tym wywiadem pojawią się pytania "co to za koleś? i czemu się tak wymądrza?, boshee"). Jeżeli jednak przyjąć tezę o fejmie, to hej, wszystko jest na moim blogu, wystarczy wejść, zobaczyć i poczytać. Od jakiegoś czasu dość aktywnie działam również na fanpage'u i Twitterze - aczkolwiek nie chcę, aby były one jedynie dodatkiem do bloga, ale jego uzupełnieniem. Poza tym hej, magik nie zdradza swoich sztuczek :-)

Hej, przyjmijmy jednak tezę o fejmie (tak często o nim piszesz, że wszyscy w niego uwierzyliśmy - serio, więc nie każ mi teraz zmieniać światopoglądu). I hej, nie odwracaj kota ogonem - masz talent czy go nie masz?

Ja o fejmie piszę?! Jedynie ostatnio ubolewałem nad jego brakiem. Wiecznie niezrozumiały przez świat, ech... A talent? Oczywiście, że mam. Cóż za nieprzemyślane pytanie (żeby nie użyć mocniejszych słów). Mam nawet więcej niż jeden, o! I, jak uczy przypowieść, pomnażam je - bo, o czym również dowiemy się ze wspomnianej przypowieści, ukrywanie swojego talentu przed innymi jest tożsame z jego zmarnowaniem. Co prawda nie wiem jeszcze tak do końca, jakie dokładnie są te talenty, czym się charakteryzują, lecz wielce cieszy mnie ich posiadanie. A, i ten no, nie przepadam za kotami, skoro już o nich wspomniałaś.

Ustalmy zasady, Dada - ja tu rządzę. Bezwzględnie. Toteż masz chwalić moje pytania i się nimi zachwycać. Twierdzić, że nie przeszkadza ci to, że są nieprzemyślane. W ogóle nie pisać o tym, że są nieprzemyślane! Mam być chwalona i wielbiona za przeprowadzanie fantastycznych wywiadów, jasne? No, a skoro ustaliliśmy najważniejsze, to jedziemy dalej - czy w blogosferze książkowej są ludzie, którzy nie mają talentu (pomijając mnie, ja swój prawdziwy zakopałam, bo mi się nie podobał)?

To niewykonalne. Nie potrafię kłamać. Ewentualnie mogę przemilczeć - to maks, na co mnie stać. Yup, bywa dziwny. Wracając do pytania: prawdopodobnie tak. Ale po pierwsze nie mam pewności (nie wszystkie blogi znam), a po drugie można ocenić jedynie talent do blogowania jako takiego (może jest ktoś, kto świetnie gra na fortepianie - trudno zatem odmówić takiej osobie talentu, a jednocześnie nie musi on mieć związku z blogowaniem). Talent do blogowania jest stopniowalny - niektórzy mają większy, inni mniejszy, dlatego jednym blogowanie wychodzi lepiej, drugim nieco gorzej. Niemniej nie wydaje mi się, że wszyscy go posiadają. Większość zapewne tak, ale nie wszyscy (tak samo jak nie każdy może zostać dziennikarzem czy pisarzem, sama umiejętność stukania w klawisze nie wystarczy). Skoro już przy tym jesteśmy, to wspomnę, że niezmiernie cieszy mnie widok młodych blogerów, którzy często pomimo młodego wieku piszą dobre i bardzo dobre teksty. To budujące, że ogólna degrengolada kulturowa ich nie dosięg(ł)a.

Nie potrafisz kłamać? A co z doktorem Housem i jego "wszyscy kłamią"? Ty nie? Nigdy? Czy tylko "nie umiesz", a nie "nie robisz tego"?

Na żywo nie potrafię w ogóle. Śmieję się, peszę, denerwuję, głos mi się załamuje, no nie umiem. W Internecie czy przez SMS-y jest inaczej. Napisać kłamstwo jest o wiele łatwiej niż wypowiedzieć. Nie napiszę teraz, że nigdy nie składałem, bo samo to byłoby kłamstwem. Jasne, zdarzyło mi się - ale nie lubię kłamać (zwłaszcza z premedytacją), robię to jedynie w ostateczności, kiedy naprawdę muszę. Kłamstwo w większości przypadków nie ma sensu. Bo po co kłamać? Choć, paradoksalnie, to szczerość jest gorsza - im człowiek bardziej szczery, tym mnie lubiany. Prosty przykład: koleżanka pyta, czy podoba mi się jej nowa fryzura - odpowiadam, że moim zdaniem nie jest zbyt ładna = jestem chamski. Dygresja: zwrot "szczerze powiedziawszy" / "mówiąc szczerze" - wiele osób go używa, ja również, a przecież, gdyby się nad nim zastanowić, to można dojść do wniosku, że wszystko inne, co się powiedziało przed tą frazą, jest nieszczere, skoro dopiero po niej "mówi się szczerze". Wracając do samego kłamstwa - w wielu przypadkach nie trzeba kłamać, wystarczy po prostu zrobić unik. W przytoczonym przykładzie o fryzurze koleżanki, można opowiedzieć: nie znam się na tym, albo coś podobnego. To dobry sposób. Gall Anonim w swojej "Kronice" tak robił - kiedy nie chciał napisać czegoś negatywnego na temat Bolesława Krzywoustego, wtedy pomijał dany temat bądź pisał o nim niewiele i bez wgłębiania się w szczegóły. Jak zatem widać, to sprawdzona metoda. 

Można cię wkurzyć? Zdenerwować? Zirytować? Da się?

Oczywiście. Zirytować bardzo łatwo. Często się irytuję. Sprawa zdenerwowania czy wkurzenia jest nieco inna. Trzeba się naprawdę nieźle postarać, aby wyprowadzić mnie z równowagi, lecz gdy się komuś to uda... cóż, lepiej nie być w jego skórze. Na wiele rzeczy przymknę oko i zachowam spokój, ale kiedy coś mnie naprawdę zdenerwuje, to do skrajności.

A jak głupie pytanie muszę zadać, żeby cię ruszyło?

Hmm... chyba nie wymyślisz odpowiedniego. Zwłaszcza, że moje wkurzenie to najczęściej kumulacja wielu czynników. Ogólnie miły facet jestem, przyjazny i takie tam. Lubię wszystkich mniej lub bardziej. 

Wszystkich?! Padłam i nie mogę wstać...

No wszystkich, poza tymi, których nie... ale ich jest mało. Generalnie staram się każdemu dać szansę i zrozumieć takie czy inne zachowanie, nawet jeżeli mnie ono nie odpowiada i preferuję odmienne podejście do świata (rzecz jasna nie mam tu na myśli różnego rodzaju dewiacji).

A ile warta jest dzisiaj ebuka? :)

Dziś? Kilka braw i parę uśmiechów, czyli dla mnie bardzo dużo. "Dabudubida" ma dopiero nieco ponad rok. Wciąż uważam się za początkującego blogera i wiem, że wiele się jeszcze muszę nauczyć. To wyróżnienie jest dla mnie kolejnym - po wszystkich dotychczasowych komentarzach moich czytelników, zarówno na blogu, jak i na fanpage'u - sygnałem, że mój pomysł na "Dabudubida" podoba się nie tylko mnie samemu. Świadomość ta jest nie do przecenienia.                     

A gdzie będzie "Dabudubida" za rok, dwa, pięć? Masz jakieś plany?

Plan jest taki, żeby blog był lepszy z każdym kolejnym miesiącem. Nie powiem Ci, co będzie za rok albo dwa, bo nie wiem, czy za rok jeszcze będzie Dabudubida (rym, hyhyhy). Nie przepadam za planowaniem. Przyszłość jest zbyt rozmyta, zbyt niepewna. Mam pomysły, które będę wprowadzać, a potem pozwolę im się prowadzić - dopiero wtedy zobaczę, gdzie ta droga prowadzi. Lubię pisać i chcę to robić, tyle wiem. Na pisarza jestem za głupi, na dziennikarza chyba też się nie nadaję - nie zniósłbym chyba klepania tekstów, które mnie samego by nie interesowały - więc zostaje blog. Albo SMS-y.   

Pozwolisz, że nadal będę drążyła ten temat... twój blog jest jeszcze dość młody, a już zbiera wyróżnienia, za które większość starych wyjadaczy oddałoby pół swojej biblioteczki. Więc co to znaczy lepszy? Piszesz tak jakbyś był najmądrzejszy na świecie i po każdej wizycie na twoim blogu mam ochotę smętnym głosem wygłosić: Rany, ja tu (w tej książkowej blogosferze) tylko sprzątam. A z drugiej strony jak się z tobą rozmawia to mimo licznych prób sprowokowania cię do wyrzucenia z siebie czegoś kontrowersyjnego, gadasz jak urodzony dyplomata. Jestem lekko skołowana, bo mój mózg za chwilę spłynie po ścianie... kim ty tak naprawdę jesteś, Dada? 

Pozwolę Ci drążyć, wszak to Twój wywiad, Ty tu rządzisz (dobrze?). Jednakże nie dam Ci jasnej odpowiedzi, bo nie potrafię. Oj, no i widzisz, siedzę teraz i myślę. A kawa mi stygnie. Nie lubię zimnej kawy. Ma ona gorszy smak, jeszcze bardziej przygnębiający. Robi się gorzka. Cierpka - o, to jest dobre słowo. Jakby z ciepłem oddawała też cukier. To przygnębiające. Ale dobrze, spróbuję odpowiedzieć, zanim całkiem mi wystygnie. Pamiętasz, co mówiłem o byciu w ruchu? Tu również obowiązuje ta zasada. Nie chcę zastygnąć. Wpaść w rutynę. Moje wpisy nie mogą być po prostu realizacją schematu. Dlatego ostatnio mało u mnie recenzji. Zmęczyły mnie, potrzebowałem przerwy. Teraz będę do nich powoli wracał, stęskniłem się za nimi - czytelnicy chyba też na nie czekają, a piszę bloga właśnie nich, dla czytelników, piszę, bo chcę być czytany. Niemniej jednak nie mogę pisać, gdy nie mam na to ochoty, nie mogę zmuszać się do pisania - zresztą, nawet nie potrafię. Nie umiem pisać "na siłę".  Wystukiwanie kolejnych słów, łączenie fraz i brzmień to dla mnie jedna z najlepszych rozrywek. Mało rzeczy może się z tym równać. Moja radość pisania ma być odczuwalna, ma zmieniać się w radość czytania. Toteż jeżeli pisanie przestanie sprawiać mi frajdę, będzie to znak, że pora zamykać Dabudubida. Twoje końcowe pytanie przypomina mi początek "Wielkiego Gatsby'ego" i dociekania dotyczące tożsamości głównego bohatera książki. Kiedy zatem dojdziemy do frazy: “Mr. Dada doesn’t exist”?

Po lekturze "Wielkiego Gatsby'ego" miałam porządny mętlik w głowie i tak coś czuję, że po rozmowie z tobą będzie podobnie... Czyli co, prawda jest taka, że Mr. Dada to postać fikcyjna, stworzona przez Dawida Jakiegośtam? Dady nie ma w realnym świecie? Przecież sam przyznajesz, że ten pseudonim towarzyszył ci od dawna, a to oznacza, że Dada ma określoną twarz. I ma swojego psa. I swoich przyjaciół. W którym miejscu tej rozmowy się zgubiłam?

Ale nie mówię, że nie ma Dady. Ty pytasz, kim jestem, a ja staram się pokazać, że nie ma na to jednej odpowiedzi. Nie ma "określonej twarzy" - są "określone twarze". Jak w życiu. Inaczej zachowujemy się w towarzystwie dobrych znajomych, a inaczej w gronie rodziny czy nie tak bliskich kolegów i koleżanek. W różnych sytuacjach pokazujemy siebie w nieco odmienny sposób. Kreujemy różne obrazy samych siebie. Może też być tak, że Dawid ma alter ego w postaci Dady, ale ta druga tożsamość towarzyszy mu od tak dawna, że nie zdaje już sobie z tego sprawy? Myślę, że to pytanie, pozostawione bez odpowiedzi, stanowi dobre podsumowanie tego tematu - wiesz, brzmię jak jakiś psychopata, to całkiem niezłą promocja mojej osoby. Oczywiście jeżeli pominąć tę część naszej rozmowy, w której się wymądrzam mniej lub bardziej, czyli chyba większość... Meh, a to wcale nie tak. Wbrew pozorom, mam w sobie duże pokłady niepewności.   

Niepewności odnośnie tego czy aby na pewno jesteś tak fajny jak myślisz że jesteś? :) Skąd się bierze twoja niepewność?

Niepewność dotycząca mojego blogowania. Zamieszczanych na "Dabudubida" tekstów. Tego, czy spodobają się czytelnikom. Boję się wtórności, schematu, przykrego powiewu nudy.  Wiesław Myśliwski powiedział: "Przekonanie o tym, że się umie pisać jest pierwszym stopniem do klęski" - w zupełności zgadzam się z tym stwierdzeniem. Polszczyzna to szlachetny, trudny w obróbce materiał. Z jednej strony umożliwia stworzenie czegoś naprawdę wspaniałego (jak chociażby u wspominanego Myśliwskiego), z drugie bardzo łatwo o porażkę. Nad językiem niełatwo zapanować. Zwłaszcza w piśmie - trudniej za jego pomocą przekazać odczucia czy emocje, za które w mowie odpowiada tonacja, mimika twarzy czy chociażby tempo mówienia. Stąd ta niepewność. Poza tym raczej nie lubię moich tekstów, bardzo rzadko jestem z nich zadowolony. Każdy mógłbym poprawiać w nieskończoność, przepisywać na nowo zdania i całe akapity, zmieniać poszczególne słowa czy frazy. Nie mam pewności - i nigdy miał nie będę - czy wpis spotka się z pozytywnym przyjęciem. Dlatego też tak istotne są dla mnie wszystkie komentarze. Również zwykłe kliknięcie "Lubię to!" pod wpisem jest pewną informacją zwrotną, że tekst się spodobał. Czy jestem tak fajny jak myślę, że jestem? Raczej tak. Aczkolwiek nie wiem, kiedy upływa termin ważności mojej "fajności".

Wszedłeś na temat, który mnie szczególnie interesuje... Wiesz jakie posty cieszą się największą popularnością na moim blogu? Te, które w ostatniej kolejności bym o to podejrzewała. Nie rozumiem tego, ale może jak porzucę kiepskie młodzieżówki i poczytam Myśliwskiego to zrozumiem, bo ty wydajesz się wiedzieć jak to działa. Ale okey - zatrzymajmy się na twojej "fajności". Lubisz czytać Kominka?

Gdybym wiedział, jak to działa, to miałbym przynajmniej dwa razy więcej czytelników. Mogę się jedynie domyślać. Kominka? Nieszczególnie. Znam jego bloga (czy tam blogi) od chyba czterech czy pięciu lat, ale odwiedzam go sporadycznie. Na kominek.in bardzo rzadko od pewnego czasu zaglądam, prawie wcale. Nie pisze o sprawach, które by mnie interesowały, natomiast na temat blogowania wypowiada się - w moim przekonaniu - mniej ciekawie niż kiedyś (choć takie wrażenie może wynikać z faktu, że samemu trochę się już zdążyłem nauczyć i widzę pewną oczywistość w tym co pisze Kominek; uprzedzę ewentualne pytanie: nie, nie czytałem jego książki). Odwiedzałem kominek.es, ale powoli miejsce to zaczyna przypominać photobloga - więc również przestaje mnie interesować. Poza tym z wieloma poglądami Kominka się nie zgadzam, dlatego nie czuję potrzeby czytania jego tekstów (zwłaszcza, że wyklucza na swoich blogach jakąkolwiek dyskusję). Blogosfera jest ogromna, są setki blogów, które według mnie mają o wiele więcej do zaoferowania. Przedkładam jakość nad popularność.

Pytam, bo wcześniej stwierdziłeś, że jeżeli pisanie przestanie ci sprawiać przyjemność, to z tym skończysz. Dobrze pamiętam? To niepokojąco przypomina ideologię Kominka. Niepokojąco, bo posty pojawiają się u niego coraz rzadziej, a jeśli już się pojawiają to dotyczą wyższości sosów Łowicz nad parówkami Sokołów oraz świetnej oferty Orange, które (nawiasem mówiąc) "do niczego go nie zmusza". Popularność też już nie ta... nie boisz się, że z tobą może być podobnie? Że ktoś kiedyś powie "Dada się skończył", a ty będziesz czuł, że to prawda, ale nie będziesz umiał tego skończyć?

Wydaje mi się, że mimo wszystko na popularność Kominek nie może narzekać i chyba jednak z każdym kolejnym dniem mu ona wzrasta. Niemniej, to jedynie moje domysły. Kominek robi swoje i robi to bardzo dobrze. A że inaczej niż kiedyś - cóż, widocznie nie wpływa to na poczytność, zatem może być. Nie porównywałbym też mnie do Kominka - po pierwsze nie gramy w tej samej lidze, po drugie nawet nie w tę samą grę. On pisze o mediach oraz livestyle'u i czytają go tysiące, do mnie zagląda o wiele mniej osób i podejmuję inne tematy. Jeżeli blogowanie porównać do sportu, to on jest jak Messi czy Ronaldo, a ja przypominam finalistę powiatowego turnieju warcabów - inna dyscyplina, inny zasięg medialny. Dlatego ze mną nie może być podobnie, bo moja tzn. popularność jest znikoma. Nie mogę "się skończyć", bo jeszcze tak naprawdę się nie zacząłem. Nie mam nawet swojego hejtera! Ani jednego, choćby maciupkiego! Poza tym jeden czy dwa komentarze nieszczególnie by mnie przejęły (choć przemyślałbym je), jeśli inni wciąż by odwiedzali i komentowali "Dabudubida" z takim samym zaangażowaniem. Czy będę umiał skończyć? Sądzę, że tak. Już obecnie nie zamieszczam wpisów, jeżeli nie mam o czym napisać bądź po prostu ochoty na pisanie. Wolę zostawić blog "uśpionym" na kilka czy kilkanaście dni, aniżeli wrzucić byle co, byle były wejścia. (Przy okazji dodam, że gdybym kiedyś uznał, że pora zakończyć tę farsę, to wpis pożegnalny się pojawi - zatem póki go nie ma, poty wpisu będą się pojawiać, choćby z dużymi przerwami).

Pat. W tym temacie nie dojdziemy do porozumienia. Kojarzysz mi się ze starym Kominkiem z bloxa i nie ma na to wpływu fakt, że on gra w innej lidze - macie podobny styl pisania i podobny styl zwracania się do czytelników, z tym że ty na razie jesteś większym dyplomatą. Ale okey, idąc za klasykiem powiem: nie idźmy tą drogą. Zdradź mi jeszcze tylko jedno - jesteś najbardziej wyróżniającym się (i nie zaczynaj mi tu pisać o tym, że jest wielu lepiej piszących, że grasz w warcaby czy też tylko tu sprzątasz ani nie że wiesz!) w książkowej blogosferze? Twoim zdaniem? Szczerze, porzuć na chwilę swój wyszczekany, ale mimo wszystko dyplomatyczny styl, hm?

Mat. Sąsiedzi. Wiesz, ten serial animowany. Czeski. Jak Krecik. Czy jestem najbardziej wyróżniającym się? Nie. Nie mnie to oceniać. Czy się wyróżniam? Chyba. Taką mam nadzieję, jest to moim celem. Blogów są setki - jeżeli ktoś się nie wyróżnia, a założył bloga dopiero w poprzednim roku albo jeszcze później, to trudno mu (czy raczej: jej) o pozyskanie czytelników. Wydaje mi się, że w każdym tygodniu przynajmniej jedna osoba zakłada bloga książkowego. Może nieco przesadziłem, ale chyba przyznasz mi rację, że blogów książkowych przybywa. Dlatego chcę się jakoś (jakkolwiek, byle nie negatywnie) wyróżniać. Sądzę, że może ułatwiać mi to płeć - nawet pomimo ewentualnych pomyłek powodowanych końcowym "a". Blogosfera książkowa jest mocno sfeminizowana (wydaje mi się, że kobiety stanowią około 75% piszących o książkach, przy czym nie zdziwiłbym się, gdyby ta liczba była większa). Facet ma łatwiej, bo wyróżnia się już właśnie dzięki temu, że jest facetem. Bo ilu znasz blogerów (nie blogerek) książkowych? Teraz przychodzą mi do głowy, tak na pierwszą myśl - Oisaj, Jarek Czechowicz, Korvo, el Browarre i Cava, Zacofany.w.lekturze, Maciek RybickiDarek DłużeńZerrShadowFenrir czy z młodszych Melon i Francuz. Oczywiście to nie wszyscy (raz, że nie wszystkich znam, dwa - na pewno o kimś zapomniałem - przepraszam, poprawię się), ale gdybym miał wymieniać znane mi blogerki książkowe, to mógłbym nie zdążyć do jutra. Faceci piszą inaczej niż kobiety. Nie "gorzej" czy "lepiej", po prostu w odmienny sposób. I dzięki temu trochę łatwiej nam zaistnieć. Zresztą zauważ, że trzy tegoroczne eBuki - czyli połowę puli - zgarnęli faceci. Rzecz jasna znaczna część tej odpowiedzi to moje spekulacje, nie chcę robić z siebie jakiegoś znawcy blogosfery książkowej - mówię jedynie, jak ona wygląda z mojej perspektywy, jak ja ją widzę. Być może to, co napisałem, nie ma zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością, lecz cóż - to moje "pięć minut przy mikrofonie", więc korzystam z okazji do podzielenia się moimi przemyśleniami (po cichu licząc, że ktoś mnie poprawi).

To już absolutnie ostatnie pytanie - jest coś, czego zazdrościsz innym blogerom książkowym? :)

Ojej, już ostatnie... Czy jest coś? Żeby tylko jeden coś! Cosie, dziesiątki cosiów! Lepiej spytać czego nie zazdroszczę! Ale dobrze, skoro pytanie brzmi czego zazdroszczę, to już jak na spowiedzi (czyli wybiórczo) mówię, że: pokaźnych stosów, przy których moje wyglądają jak jakaś karykatura stosiku; lekkości pióra i swobody wyrażania myśli; niektórych tematów wpisów; ilości komentarzy pod wpisami; pięknych zdań i błyskotliwych fraz; młodzieńczej energii; chęci do czytania; umiejętności czytania czegokolwiek gdziekolwiek i byle czego byle gdzie; mocnych regałów i miejsca na ich ulokowanie; fragmentów recenzji na okładkach... i wielu, wielu innych rzeczy. Jestem zazdrośnikiem i tyle. Lecz jest to zazdrość pozytywna, że tak to ujmę. Po pierwsze stanowi impuls do działania, po drugie naprawdę cieszę się z sukcesów innych - bo czemu by nie? Jeżeli komuś się coś udaje, jeżeli dana osoba sobie na to zapracowała, to niech ma, należy się jej. A skoro jej się to udało, to może i mnie się powiedzie? Tak sobie teraz pomyślałem, że w gruncie rzeczy najbardziej mógłbym zazdrościć blogerom książkowym właśnie tego, że są blogerami książkowymi - ale hej, jestem jednym z nich.

*** 

KWESTIONARIUSZ KARRIBY

Mam na imię... Dada... no dobra, czasem Dawid.

Urodziłem się w... szpitalu, którego już nie ma.

Aktualnie mieszkam w... domu, na poddaszu, wśród książek.

Obecnie zajmuję się... blogowaniem i zamykaniem starych spraw.

Nie wiem czy wiecie, ale... się dowiecie - jeżeli nie wiecie - że jestem bardzo nieśmiały.

Karriba to... wnikliwa interlokutorka, inteligentna wywiatorka (wywiadowczyni?), generalnie osoba, z którą przyjemnie się pisze.

Z żalem stwierdzam, że Dada jest świetnym rozmówcą i że zdecydowanie nudniej byłoby na naszym książkowym podwórku bez niego ;))

Przepraszam za moją znikomą obecność w blogosferze, ale jestem w trakcie przeprowadzki, o czym już pisałam na FB. Poprawię się jak tylko moje życie wróci do normy :)

Możesz przeczytać też:

30 komentarze

  1. Hehe...Fantastyczna rozmowa...Wiedziałam, że Dady tu nie zabraknie. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wielka zakładko, ależ się nagadałem - tak w ilości, jak w głupotości :O

    OdpowiedzUsuń
  3. O matko, Dada, uwielbiam cię za tego jamnika! Jak się wabi?
    A tak poza tym... to była chyba najbardziej zakręcona rozmowa, jaka miała miejsce u Karriby :D
    Cieszę się, że Dada dał się na nią namówić... momentami było jakoś tak... cudownie surrealistycznie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Toudi ^^ (Tak, jak ten z "Gumisiów").

      Usuń
    2. Jak jajnik to powinien być Puzon!

      Usuń
  4. Nie znam tego Pana :) Ale wywiad świetny, bardzo obszerny.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jeżeli Dada jest zbyt głupi na bycie pisarzem, to szczyt moich marzeń - zostać kałamarzem!

    OdpowiedzUsuń
  6. Genialna rozmowa, bardzo hm... poszerzająca moje słownictwo :) hahaha

    OdpowiedzUsuń
  7. O mamo... Dada i jego słowotok - niepodrabialne. :D

    OdpowiedzUsuń
  8. Tak! Czekałam na ten wywiad z niecierpliwością.

    OdpowiedzUsuń
  9. Czy tylko mnie tu coś zgrzyta? :> Dada najpierw pisze, że nawet u spowiedzi nie mówi wszystkiego, bo tak często kręci, że sam już nie wie, co jest prawdą, a co wymyślił, a chwilę potem czytam, że kłamać nie potrafi. To jak to w końcu jest?

    Ale tak poza tym to czyta się świetnie i rzeczywiście rozmowa poszerzająca słownictwo, hah :D Do pisania zdecydowanie ma talent ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. Zwróć uwagę na to, że początek tej rozmowy różni się od dalszej jej części jeżeli idzie o poziom odpowiadania 'na serio' ;-)

      (Boziu, jeszcze nie jest aż tak późno, a nie potrafię poprawnie sklecić komentarza).

      Usuń
    3. A właśnie zwróciłam na to uwagę i czytałam jeszcze raz, ale jakoś mi nie brzmiało to w podobnym tonie, co fragmenty o jamniku ;-) Ale ok - autor lepiej wie, co miał na myśli :-)

      Usuń
  10. Dada? Co to za koleś?! A, już wiem! To ten, z którym przez 5 lat studiów dzieliłam ławkę. :P Chyba go kojarzę!

    Ps. Świetny wywiad! Obie strony dały z siebie bardzo dużo. Aż miło czytać! :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Nie dość, że nikt nie wie, co to za koleś, to jeszcze się tu mądrzy - tak się rozpisał, że zabrał mi jakieś 10 stron "Mrocznej wieży" (albo kilkanaście minut snu)... A jakby tego było mało to jak wchodzę na tę jego Dabudu-coś-tam to dobrą chwilę tylko siedzę i się wgapiam w szablon - pff.

    Karriba - następnym razem zapytaj o lektury szkolne i dopisz, że to zło całego świata, może tym się uda (zdenerwować) :) I rada dnia: jeśli do kawy doleje się mleko to nie jest takie gorzkie :P Ale fakt: zimna przebija wszystko swoją "kiepskością".

    OdpowiedzUsuń
  12. Komplement dla Karriby, że poradziła sobie z takim rozmówcą :-)
    Zgłaszam zastrzeżenie do kwestionariusza - każdy już przynajmniej raz czytał że Dada w swoim przekonaniu jest bardzo nieśmiały. A więc nie liczy się - wiemy, a chcemy dowiedzieć się czegoś czego nie wiemy Dada no wysil się odrobinę :-p

    OdpowiedzUsuń
  13. Facet, który nie kłamie?! Też nie lubię zimnej kawy. Mi się w ogóle z Kominkiem nie kojarzysz, bo jesteś piętro wyżej. Świetny wywiad! Pozdrawiam Was

    OdpowiedzUsuń
  14. No, fajny facet z tego Dady :) Wczoraj wyczaiłam jego bloga i się zakochałam, a po lekturze tej rozmowy to już rozpływam się z myślą o nim :D

    OdpowiedzUsuń
  15. Świetny Dada!

    naczytane.blog.pl

    OdpowiedzUsuń
  16. Siada człowiek o 4.30 do kawy i blogowej prasówki, a tu mu Dada u Karriby wyskakuje i wprowadza dzienną dawkę dadolenia. Nie powiem, lepsze to, niż newsy na onecie :D
    Pozdrawiam serdecznie i Dadę i Karribę. I się pytam: gdzie wywiad z Silaqui? :P

    OdpowiedzUsuń
  17. Po przeczytaniu tego wywiadu dochodzę do wniosku, że upicie się z Dadą byłoby ciekawym doświadczeniem ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dada się nie upija w towarzystwie kobiet ;-)

      Usuń
  18. Trzeba stwierdzić, że to chyba najbardziej długaśny wywiad, w którym można się nieźle się zakręcić, ale czyta się bardzo przyjemnie :)

    OdpowiedzUsuń
  19. O, bardzo dobrze mi się czytało (mimo tych trudnych słów ;)). Ucieszyłam się na pewno z dwóch rzeczy - wywiad był długi i interesujący, a drugą rzeczą jest... zdanie na temat Kominka. Jak dobrze, że nie ja jedna tak uważam ;)

    OdpowiedzUsuń