Obywatel Kane

19:16:00

Obywatel Kane to film z gatunku takich, których nigdy nie oglądam. Czarno-biały, trochę mroczny i raczej nudnawy. Pierwsze kilka minut wbiło mnie w fotel, zwłaszcza ta mrożąca krew w żyłach muzyka. Kiedy przez ekran przeleciało mi jakieś czarne ptaszysko, byłam przekonana, że pomyliłam filmy i odpaliłam jakiegoś Hitchcocka. Gdybym była na miejscu Hearsta, to też bym nie chciała, żeby nakręcili o mnie coś takiego.

No właśnie, Hearst. Bajecznie bogaty wydawca. Krążą pogłoski, że interesowały go głównie mało ambitne tytuły, co w sumie było do przewidzenia. Świat nie zniósłby tak wielkiej niesprawiedliwości jak bogactwo wynikające z porządnej, szanowanej pracy.

Hearst, nie wiedząc czemu, kojarzy mi się głównie z Pulitzerem. Obaj zajmowali się w zasadzie tym samym, tylko każdy z nich wybrał inną drogę. Pierwszy zdecydował się na życie za życia, postawił sobie pałac, spłodził syna (a nawet kilku) i próbował dorwać się do władzy. Drugi swój majątek właściwie rozdał, fundując sobie sławę po śmierci. Jego nazwisko nosi prestiżowa nagroda dla dziennikarzy, przez co większość ludzi myśli, że zajmował się czymś naprawdę ważnym. Być może tylko dzięki temu uniknął oszkalowania w jakimś dziwnym, nakręconym przez szalonego 25-latka filmie.

Tak, film, ekhm. Widz poznaje Charlesa Fostera Kane'a, któremu rodzice zapewnili więcej niż przyzwoity byt (a przynajmniej tak to zrozumiałam). W sensownym wieku dostał gazetę, w której to nie omieszkał wprowadzić kilku mniej lub bardziej kosmetycznych zmian, co z kolei doprowadziło do jej rozkwitu. Szczęściarz miał nosa. Kiedy pan Kane jest już znany, lubiany i przede wszystkim bardzo bogaty, poznaje krewną samego prezydenta. Mało tego, jest na tyle znany, lubiany i bogaty, że może się z nią ożenić. Z tegoż jakże uroczego związku rodzi się syn, miłe dla oka dziecko... jak to dziecko zresztą. Na początku miłość kwitnie, a potem ruchem jednostajnie przyspieszonym zmierza ku końcowi. Ten objawia się zdradą. Faceta oczywiście. Przyczyną rozpadu małżeństwa okazuje się samozwańcza, ale ładna śpiewaczka, której tytułowy Obywatel Kane buduje operę czy jakiś inny teatr. W tym momencie filmu akurat lekko przysnęłam, więc dokładnie nie pamiętam. Zakochany magnat prasowy za wszelką cenę chce ze swej ukochanej zrobić gwiazdę, ale równie dobrze mógłby próbować tego ze mną. Z tą różnicą, że ja bym się szybciej przeciwstawiła takiemu wariactwu. Przez cały film przewija się jeszcze jedno magiczne słowo, a mianowicie "różyczka". Facet rzucił je przed śmiercią i dał w ten sposób robotę wielu swoim dziennikarzom. Pionier marketingu, rekin biznesu. Bo przecież taki pierwszy z brzegu dziennikarz musi się koniecznie dowiedzieć o co chodzi (a wtedy dziennikarze byli jeszcze prawdziwi, z powołania). 

Po przebrnięciu przez klasykę światowego kina, do której zalicza się to właśnie dzieło wiekopomne Orsona Wellsa, którego podczas seansu musiałam uhonorować aż dwoma kawami (a kawy na ogół nie pijam), zabrałam się za biografię Hearsta. W wersji tekstowej ta historia jest trochę znośniejsza, bo krótsza. 

William Randolph w wieku lat 24 otrzymał od ojca gazetę, która pod jego wpływem stała się ulubionym dziennikiem mieszkańców San Francisco. Drukował głównie informacje o skandalach, przekrętach i innych machlojkach, co w dużym stopniu tłumaczy odniesiony sukces. 

W 1895 roku kupił kolejną gazetę. A potem następną i następną. Nieoceniona Wikipedia podaje, że w 1920 roku miał ich już 20, a poza tym jeszcze 13 magazynów, dwie wytwórnie filmowe i 8 rozgłośni radiowych. W filmie też był szychą, więc do tej pory mamy względną zgodność tych dwóch historii.

Hearst wybudował też sobie wielkie zamczysko gdzieś w Kalifornii, któremu nadał bardzo oryginalną nazwę, a mianowicie Hearst Castle. Wellsowi nazwa Kane Castle chyba nie przypadła do gustu, bo w jego wersji gmaszysko nosiło nazwę Xanadu. Zamek na zdjęciach w Google wygląda nieco mniej mrocznie (widzisz jak tu pięknie? możesz obejrzeć to miejsce za jedyne 80 dolarów!) niż filmowe Xanadu, ale generalnie (na upartego) jakieś podobieństwo można dostrzec. 

Ostatnim punktem wspólnym obu panów, Hearsta i Kane’a, jest polityka. Obaj próbowali na tym polu coś zdziałać i obaj z marnym skutkiem. 

Podsumowując, podobieństwa są i to wyraźne. Jak przeczytałam na jednej stronie: „Reżyser dokonał psychologicznej i socjologicznej analizy życia amerykańskiego multimilionera, posługując się relacjami ludzi, którzy go dobrze znali. Wyłonił się portret człowieka głoszącego wzniosłe ideały i bezwzględnego w zwalczaniu konkurentów, opanowanego żądzą władzy i trwoniącego wraz z fortuną kapitał ludzkiej życzliwości.” Zwłaszcza ten ostatni wers brzmi bardzo mądrze. Gdybym była Hearstem, to bym te zaoferowane przez Wellsa bilety na projekcję przyjęła i nie ryzykowała, że do reszty stracę „kapitał ludzkiej życzliwości”. 

Oglądaliście Obywatela Kane'a? Co myślicie o tym filmie?

Możesz przeczytać też:

6 komentarze

  1. niestety, ale jakoś mnie nie kusi ta pozycja :(

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie widziałam, od zawsze słyszałam, że to najlepszy film świata, bla bla bla... A tu takie zaskoczenie :) Aż muszę obejrzeć żeby sama zweryfikować.

    OdpowiedzUsuń
  3. Przyznam, że nie oglądałam, więc ni jestem w stanie tego zweryfikować.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie widziałam tego filmu, ale nie wiem czy się skusze, chyba raczej nie ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Film niestety nie jest w moim guście, ale polecę bratu. Może akurat mu się spodoba :)

    OdpowiedzUsuń