Bo ja nie chcę mieć dzieci

16:08:00

Źródło
Jeżeli o jakiejś książce mogę powiedzieć, że wpadła do moich rąk przypadkowo, to właśnie o „Dziecioodpornej”. Zaplątała się mojemu bratu do pudła, które miał za zadanie dostarczyć mi do mieszkania. To miała być taka typowa, braterska przysługa, bo ja niestety nie dorobiłam się jeszcze samochodu. W każdym razie tak oto, ku mojemu kompletnemu zdumieniu, ta pozycja znalazła się w Lublinie. A skoro już do tego doszło, z pewnością należało ją przeczytać.

Emily Giffin nie jest dla mnie autorką anonimową. Zresztą – mało dla kogo jest. Wcześniej czytałam już jej „Coś pożyczonego” oraz "Coś niebieskiego" i względnie byłam tymi lekturami usatysfakcjonowana. Pani Giffin swego czasu porzuciła karierę prawniczą i zaczęła się specjalizować w masowej produkcji bestsellerów. Do tej pory na naszym rynku ukazało się sześć pozycji jej autorstwa.

Główną bohaterką „Dziecioodpornej” jest Claudia, trzydziestoparoletnia redaktorka pracująca w całkiem porządnym wydawnictwie. Claudia nie chce mieć dzieci. Nigdy. To dość ciekawe podejście do macierzyństwa sprawia, że trudno jej znaleźć stałego partnera. Całe szczęście pewnego dnia na swojej drodze spotyka Bena, który ma podobne poglądy w tej sprawie. Oboje zakochują się w sobie, biorą ślub i przez trzy lata prowadzą życie jak w Madrycie, tyle że w Nowym Jorku. Niestety po upływie tego czasu coś się zmienia. U Bena budzi się jakiś rodzaj instynktu ojcowskiego. I wtedy, jak można się domyślić, zaczynają się problemy…

Niestety mimo swoich ciekawych poglądów Claudia jest dość nijaka. Nie chce mieć dzieci, nie mając jednocześnie nic przeciwko nim. Wygląda też wyjątkowo normalnie. Lubi swoją pracę i poświęca jej lwią część życia, pozostałą resztę rezerwując dla męża. Nie przepada za swoją matką i nie rozumie sióstr, chociaż kocha je bardzo mocno i odwiedza regularnie. W jej życiu nic nie jest czarne albo białe. Wszystko jest szare.

Z kolei to jaki jest Ben trudno właściwie odgadnąć, bo zrobiono z niego postać drugoplanową. Wydaje się sympatyczny i niemal na starcie zaczyna się mu kibicować, ale gdzie, u licha, podziewa się przez cały ten czas? W końcu to on jest sprawcą galimatiasu, prawda? Co autorka z nim uczyniła?

Ano skupiła się na wnętrzu głównej bohaterki żeńskiej. Wysyłała ją na różne fronty. Do jednej siostry, która jest notorycznie zdradzana przez męża i ojca trzech swoich pociech. Do drugiej siostry, która nie może zajść w ciążę od kilku lat. Do najlepszej przyjaciółki, która z kolei nie ma komu dać się zapłodnić. Aż wreszcie do swojej matki, która porzuciła rodzinę na rzecz innego, lepszego życia. Nie za dużo tych studiów przypadku?

Naprawdę wydaje mi się, że pani Giffin trochę przedobrzyła. Mnogość zbiegów okoliczności w tej książce przyprawia o zmarszczki na czole. I to takie, których nie pokonamy kremem Olaya Age coś tam, coś tam.

A już najbardziej denerwującą kwestią dotyczącą tej pozycji jest sama akcja. Nie chcę spojlerować, mimo że mam na to wielką ochotę. Postawię ostatnią kropkę w tym tekście, a potem pewnie otworzę okno i opowiem sąsiadce z dołu całą swoją frustrację. Nie martwcie się o nią. Ona wrzeszczy jak jakiś Rammstein za każdym razem kiedy Hiszpanie strzelają gola w dużym turnieju, a ja muszę to znosić. Czas na odwet. Powiem wam więc tylko jedno – nie polecam tej książki żadnej kobiecie, która nie chce mieć dzieci. To nie jest lektura dla was, moje drogie czytelniczki.

Emily Giffin: Dziecioodporna. Otwarte, 2011.

Możesz przeczytać też:

12 komentarze

  1. Mam zamiar zapoznać się z jakąś jej książką, ale na pewno nie będzie to ta pozycja :)

    Zapraszam do mnie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jakoś nie mam ochoty na tą pozycja, odpuszcze sobie.

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja tak chciałam przeczytać tę książkę. Kilka razy miałam ją w dłoniach podczas wizyty w Empiku. Na pewno nie kupię jej, ale poszukam w bibliotece i z ciekawości przeczytam. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. A mnie w ogóle do książek Giffin nie ciągnie...

    OdpowiedzUsuń
  5. uwielbiam książki tej autorki !:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Skoro przedobrzyła, to chyba długo nie sięgnę...
    Cenię Giffin, ale od pewnego czasu nie umiem przemóc się do żadnej z jej książek..

    OdpowiedzUsuń
  7. "Nie chce mieć dzieci, nie mając jednocześnie nic przeciwko nim. Wygląda też wyjątkowo normalnie. Lubi swoją pracę i poświęca jej lwią część życia, pozostałą resztę rezerwując dla męża. Nie przepada za swoją matką i nie rozumie sióstr, chociaż kocha je bardzo mocno i odwiedza regularnie. W jej życiu nic nie jest czarne albo białe. Wszystko jest szare." - Wydaje mi się, że wielu ludzi tak ma. Bo dlaczego miałaby mieć cokolwiek przeciwko dzieciom? Przecież miejsca instynktu macierzyńskiego nie powinien zajmować wstręt do dzieci. ;)
    Fakt, wciąż w zbyt wielu społecznościach/rodzinach taka decyzja powoduje kłótnie i problemy, ale jestem dobrej myśli - w wielu innych już nikogo to nie dziwi.

    "Nie za dużo tych studiów przypadku?" - Na to wygląda.

    Pozdrawiam ciepło! :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Chyba mimo wszystko sięgnę po książkę, dzieci chcę mieć, więc mogę ryzykować :D

    OdpowiedzUsuń
  9. Czytałam "Coś pożyczonego" i "Pewnego dnia" i o ile o tej pierwszej mogę powiedzieć to samo, że byłam "względnie usatysfakcjonowana" o tyle ta druga bardzo mi się podobała. "Dziecioodpornej" będę jednak unikać.

    P.S. Świetna recenzja, zwłaszcza fragment o sąsiadce :D no i znowu czytając Twój blog się uśmiałam :D

    OdpowiedzUsuń
  10. Kiedyś próbowałam przeczytać ,,Dziecioodporną", ale... nie dałam rady. Główna bohaterka irytowała mnie tak bardzo, że nie byłam w stanie doczytać jej historii do końca. Książki planuję pozbyć się przy najbliższej możliwej okazji.

    OdpowiedzUsuń